advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
Włącz radio

Izabela Trojanowska szczera do bólu. "Wszystko mija" [WYWIAD]

13 min. czytania
28.08.2024 08:00
Zareaguj Reakcja

Izabela Trojanowska przez ponad 50 lat estradowej kariery stała się jedną z ikon polskiej muzyki. Jej twórczość znają i kochają wszyscy. W rozmowie z dziennikarzem Radia Złote Przeboje gwiazda wspomina piękne i trudne chwile, początki na scenie, okres PRL, powrót do kraju oraz niezwykłe wydarzenia, które na zawsze odmieniły jej życie.

Izabela Trojanowska w szczerym wywiadzie z Pawłem Tabędzkim|
fot. Archiwum Telewizji Polskiej / Paweł Trześniowski

Izabela Trojanowska - piosenkarka, aktorka, artystka. Mimo upływu lat, wciąż tworzy i nadal jest bardzo blisko swoich wiernych fanów. A przecież dla niej to już szósta dekada na scenie! Ileż wydarzyło się przez ten czas...

Paweł Tabędzki, dziennikarz Radia Złote Przeboje i ZlotePrzeboje.pl: Spotykamy się w Gdańsku przy okazji sopockiego festiwalu. Jakie wspomnienia związane z Trójmiastem Pani towarzyszą?

Izabela Trojanowska, wybitna polska artystka: Mieszkałam tu przez cztery lata, studiując aktorstwo w studium przy Teatrze Muzycznym w Gdyni, jeszcze za dyrekcji Danuty Baduszkowej. I wcale stąd nie chciałam wyjeżdżać. Za każdym razem, gdy tu jestem, bardzo się cieszę. Czuję się jak u siebie w domu. Tu jest powietrze, czuje się tę bryzę od morza. Poza tym, patrzenie w dal - w morze, w jego bezkres - przypomina mi, że jestem malutkim ziarenkiem piasku. I pomaga mi to też twórczo.

Po długich latach sukcesów estradowych naprawdę wciąż można poczuć się jak "ziarenko piasku"? Będąc wielokrotnie na świeczniku, podziwianą przez tłumy...

Każdy z nas dostaje dwie daty. Cieszymy się najpierw tą pierwszą, że w ogóle jest się na tym świecie, a potem... Nie ma co dalej rozwijać tematu. W każdym razie, zdaję sobie świetnie sprawę z przemijania. I z tego ulotnego, krótkiego czasu na ziemi. Staram się cieszyć i wykorzystywać każdą chwilę.

Izabela Trojanowska - początki wielkiej kariery

Skoro mówimy o datach, które coś otwierają, czy pamięta Pani pierwszy raz, kiedy trzymała w ręce mikrofon, stanęła przed publicznością i wydała z siebie pierwsze dźwięki jako artystka?

Nie wiem, czy mogę zaliczyć mój pierwszy występ w szkole podstawowej. W drugiej czy trzeciej klasie śpiewałam "Modlitwę" Okudżawy, a mój brat grał na gitarze - podgrywał mi, akompaniował, jak tylko potrafił. Ja natomiast śpiewałam, jak potrafiłam. Ale to był chyba mój pierwszy sukces, bo dzieciaki przestały dokazywać i słuchały. Byliśmy bardzo radosną grupą. To była Szkoła Podstawowa nr 7 na Rybakach. Niedawno mieliśmy w Olsztynie zlot ulicy Bałtyckiej, przy której mieszkałam i się urodziłam. Wszyscy wspominaliśmy te miejsca, jak to wówczas było. Skrzykiwaliśmy się 15 minut przed 8:00, bo mniej więcej 10 minut szło się do szkoły. Zostawało jeszcze pięć minut na sprawdzenie tarczy i zmienienie kapci. Szkoła mieściła się między dwoma jeziorami. Było podwórko z trzepakiem, była plaża miejska i tam spędzaliśmy większość czasu wolnego, jeszcze jako beztroskie dzieci. Potem zaczęły się zajęcia, obowiązki... no i trwają do dziś.

Przygotowując się do naszej rozmowy, trafiłem na dość zaskakującą informację, iż będąc dzieckiem, planowała Pani przyszłość w zakonie. Jak to się stało, że jednak skończyła Pani na scenie? Przecież to tak odległe światy!

To prawda, ale właściwie zawsze i wszędzie powodem była muzyka. Jako młoda dziewczyna chodziłam do chóru katedralnego w Olsztynie, którym rządziła i dyrygowała siostra Powerella. W wieku dziecięcym miałam bardzo wysoki głosik. Przyjęła mnie więc do sopranów. Po paru latach okazało się, że jestem mezzosopranem o zabarwieniu altowym. Siostra widocznie coś we mnie dostrzegła, jakiś potencjał. Wysłała mnie na Festiwal Pieśni Sakralnej do Chorzowa, który odbył się w Kościele Świętego Ducha. Tam dostałam pierwszą w życiu nagrodę - za interpretację pieśni "Zwiastowanie" Szweda. Wśród publiczności, w jury, był kardynał Wojtyła.

Późniejszy papież.

Tak. Towarzyszył mu również kardynał Wyszyński. Z rąk Karola Wojtyły otrzymałam nagrody. W sumie trafiły się dwa wyróżnienia - jedno dla najmłodszej uczestniczki, a drugie za interpretację wspomnianej pieśni.

Jak wówczas reagowali Pani bliscy? 

Mój tata wtedy raz tylko towarzyszył mi na festiwalu. Później jeździłam z mamą, bo tata był przeciwny takiemu "marnowaniu czasu na śpiewanie", ze swoim ścisłym umysłem inżyniera elektryka. Podziękowanie z ust przyszłego papieża "za katolickie wychowanie córki" sprawiło jednak, że zaszkliły mu się oczy i powiedział: "Dobra, panno, to śpiewaj!". Dostałam nagrodę im. Maksymiliana Kolbego, a u nas w rodzinie jest taka tradycja, że każdy pierwszy mężczyzna ma na imię Maksymilian. I tak oto mój tata ma na imię Maksymilian, mój brat również, dziadzio także nazywał się Maksymilian... i można by tak mnożyć! Nie ma przypadków, jakoś w nie nie wierzę. 

Jakie były Pani pierwsze wrażenia związane ze spotkaniem z Karolem Wojtyłą? Przypomnijmy, że miała Pani wówczas tylko 16 lat.

Zacznę od tego, że kilka lat temu napisaliśmy z Leszkiem Gnoińskim moją biografię. Szukając śladów tego występu w Chorzowie, poprzez materiały ubeckie dotarliśmy do filmu, który był poświęcony kardynałowi Wyszyńskiemu. Jego inwigilowali, jego śledzili. W związku z tym, że siedział razem z kardynałem Wojtyłą, przypadek chciał, że w czasie rejestrowania nagrania śpiewałam. Mamy filmik i dokument, że tam wystąpiłam. Leszek zrobił zdjęcia z tego materiału, które są w biografii.

Izabela Trojanowska była inwigilowana w PRL

Kto by pomyślał, że po dekadach uśmiechnie się Pani na widok ubeckich materiałów. Chichot losu.

Prawda? Taka historia. Ja również dostałam z IPN-u teczki, że byłam od 1980 roku inwigilowana. Wtedy nie było mi do śmiechu. Tylko nie podano nazwisk osób, które to robiły.

To musiało być wstrząsające, dowiedzieć się czegoś takiego po latach.

Wstrząsające, bardzo. Już trochę mi przeszło, bo dowiedziałam się około 20 lat temu. Wyjątkowo źle to zniosłam. Zaczęłam myśleć wstecz, co mogli podsłuchiwać, a więc rozmowy telefoniczne. Było mi bardzo nieprzyjemnie, że nie miałam prywatności - nawet wtedy, gdy myślałam, że ją mam. Odebrano mi ją kompletnie. Traciłam ją poprzez zawód, to oczywiste, ale jeszcze tę odrobinkę, którą zachowałam dla siebie, straciłam.

Po konkursie w Chorzowie i pierwszej nagrodzie posypały się kolejne. Sukces za sukcesem. Można pomyśleć, że wszystko szło z górki. A jak było naprawdę?

Byłabym próżna do entej potęgi, gdybym dziś nie była szczęśliwa z tego, co mi los zesłał. Jestem bardzo spełnioną osobą. Nie zamieniłabym chyba tego życia na żadne inne. I tu pokornie chylę głowę przed Najwyższym.

Twórczość za granicą i piękny powrót do Polski

Z różnych przyczyn przez pewien okres musiała Pani radzić sobie ze swoim życiem prywatnym i karierą artystyczną za granicą. Czy pamięta Pani, jak ta decyzja o wyjeździe była podejmowana? Co tak naprawdę zaważyło?

Zwykło się mówić, że my - Polacy - żyjemy w ciekawych czasach. Co i rusz to słyszę. Kiedy byłam bardzo młodą osobą, panowała komuna, czyli były ciekawe czasy. Potem stan wojenny - jeszcze ciekawsze. Przed chwilą mówiło się, że Putin może przycisnąć czerwony przycisk. I tak dalej... Cały czas żyjemy w tych ciekawych czasach, nieustannie. Dlatego należy robić swoje, jak powiedział kiedyś Wojciech Młynarski. I to jest jedyna słuszna droga. Ja wyjechałam za granicę wraz z mężem Markiem Trojanowskim koncertować w Holandii. Mąż w tym czasie jako pracownik PAN-u miał wykłady w RFN.

Jak Pani było za granicą w tamtych czasach?

Nie wybierałam się na stałe. Ale widocznie w kraju uważano, że na stałe. Gdy tylko wyjechałam, zaczęto mnie obrażać. Mówiono, że pracuję w pornobiznesie, że siedzę w lesie i rodzę dzieci. I nawet moi cudni fani przesyłali paczki ze smoczkami oraz pampersami, które było trudno dostać, na mój stary adres. Miałam też zakaz powrotu. Zabroniono mi wrócić do Polski. Pojawiłam się dopiero, gdy runął mur.

Jakie to było uczucie?

Oj, fajne! Tylko ustalmy jedną rzecz, w Polsce nie było tak wspaniale, jak za naszą zachodnią granicą. A ja byłam przecież tylko w Niemczech, więc blisko, do tego często wśród Polaków. Dlatego specjalnie tęsknić nie musiałam. Był tylko ten jeden moment, kiedy mój tata tragicznie zmarł. Nie mogłam przyjechać na pogrzeb. To było okrutne. Dopiero później, jak już runął mur... Pamiętam dobrze, jak to było, bo byłam wówczas na przyjęciu, które zorganizował producent filmowy polskiego pochodzenia Artur Brauner, odpowiedzialny zresztą m.in. za "Winnetou w Dolinie Śmierci". I dostaliśmy wiadomość, że "wali się mur". Wszyscy, jak staliśmy, rzuciliśmy się pod ten mur, ktoś mnie podsadził i tańczyłam na nim. To było zdecydowanie nieostrożne, bo ten owczy pęd wyglądał groźnie. Ludzie z NRD wdzierali się na zachodnią stronę, a my na tym murze! Zrobiło się trochę niebezpiecznie, ale nie zapomnę tego uczucia. Było niesamowite. To takie nagłe poczucie wolności - dla nich, bo Niemcy się mogli zjednoczyć, ale i dla nas. Wiedziałam, co to też dla mnie znaczy. Będę mogła wreszcie przyjechać do Polski.

Gdy Pani dotarła już do kraju, dokąd najpierw?

Oczywiście na grób taty, a potem odwiedziliśmy rodzinę w Lublinie, z którą mam cały czas bliski kontakt. To jest cudowna rodzina, aczkolwiek "pozyskana", można powiedzieć, bo rodzina mojego męża. Pozdrawiam ich serdecznie.

Kiedy nieco Pani ochłonęła po tej zbiorowej ekscytacji zmianami, mogła cieszyć się upragnioną wolnością, jak wyglądał powrót na scenę?

W międzyczasie nagrałam płytę z producentem amerykańskim. Nazywał się Wally Brill. Premierę mieliśmy tu, w Operze Leśnej, na festiwalu! Przyjechałam z zespołem i wystąpiliśmy. Pamiętam jak dziś deszcz, który mocno zagłuszał, ale daliśmy radę. Do tego opóźnienie koncertu tak duże, że była godzina 1:00 w nocy. Jestem wdzięczna, że publiczność nie wstała i nie wyszła, że mogłam zaśpiewać prawie całą płytę po angielsku. Amfiteatr był tylko częściowo zadaszony i ludzie siedzieli z parasolkami. Fragmenty tego koncertu są na YouTube, można posłuchać. Tytuł płyty to "Independence Day".

Ludzie znali te piosenki?

Nie znali, ale pięknie reagowali. Zdaję sobie sprawę, że czekali na "Tyle samo prawd, ile kłamstw" albo "Pieśń o cegle", ale cieszyli się też, że w ten sposób możemy się spotkać. I że mają mnie, a ja mam ich po latach. Bo właśnie w Sopocie w 1980 roku, podczas strajku w Stoczni Gdańskiej, odbył się Festiwal Interwizji, w którym miałam śpiewać "Tydzień łez". No i oczywiście cenzura to zdjęła, bo był akurat siódmy dzień strajków, w związku z czym zaśpiewałam inne utwory, m.in. "Wszystko, czego dziś chcę". To wspaniałe wrócić teraz z właśnie tą piosenką i wystąpić na tej samej scenie w Operze Leśnej.

Przez te wszystkie lata, a debiutowała Pani jako nastolatka, wielka rozpoznawalność i sława były bardziej pomocne, czy może jednak utrudniały życie miłosne, poznawanie osób, z którymi można by się związać?

Prywatnie zdecydowanie przeszkadza, a zawodowo pomaga. Zawodowo każda rzecz, którą proponowałam, miała natychmiast swoich odbiorców - bo czekali, bo się interesowali, bo o mnie wiedzieli wszystko. Do tej pory mam fankluby i pozostaję blisko m.in. z Grażynką Kosowską, która założyła mój pierwszy fanklub w Gdańsku, przy ulicy Garncarskiej, w Rudym Kocie. Przychodził tam Lech Wałęsa, bywała Anna Walentynowicz, Lis, Gwiazda i pół Solidarności. Niedaleko mieli siedzibę i lubili wpadać na nasze spotkania. Lech dostał nawet symboliczną legitymację fanklubu nr 1. Jest moim fanem i utrzymujemy kontakt.

W ciągu kariery poznawała Pani wielkie postaci polskiej historii najnowszej - wspomnianych Jana Pawła II, Lecha Wałęsę, Annę Walentynowicz i mnóstwo innych osobistości ze świata kultury, sztuki czy polityki.

Zgadza się. Po płycie z Budką Suflera, była również kolejna z Jankiem Borysewiczem, który wówczas odszedł właśnie z Budki i założył zespół. Z nimi nagrałam płytę przez niektórych fanów uważaną za najlepszą - "Układy". Później pojawił się Stalowy Bagaż i "Pieśń o cegle". Potem nagrałam płytę bluesową z Tadeuszem Nalepą. Ale później ukazało się wiele innych płyt. Jestem bardzo zadowolona z tego, że tak mogło być, że miałam szansę się spełniać. Przyczyną była właśnie popularność - to jej dobre strony - ale i fakt, że miałam i wciąż mam mnóstwo energii.

Izabela Trojanowska i Budka Suflera. To nie mogło się nie udać!

Którą z muzycznych kooperacji nazwałaby Pani spełnieniem marzeń?

To jednak Budka Suflera. Nasza współpraca ciągnęła się latami, aż do śmierci Romka Lipko. Ale mam jedną niespełnioną - Tadeusza Nalepę. Bo tak po prostu umarł. Nie mogliśmy z materiałem jeździć, koncertować. Bardzo żałuję, bardzo. Coś tam trochę ujrzało światło dzienne, bo niezmiernie chciałam i cisnęłam, ale bez niego to nie miało sensu. Już nie ma drugiego takiego bluesmana. Wiem, że Janek Borysewicz też lubił z nim jeździć, jak tylko miał wolne, i koncertować - dla siebie, prywatnie, dla frajdy. Zresztą, on był przyczyną naszej współpracy z Tadeuszem, on nas "spiknął" ze sobą.

Zachwyca Pani na scenie, ale i przed kamerą. Co ma dla Pani większe znaczenie - gra czy śpiew?

Jedno i drugie. Jedno pomaga drugiemu. Cztery lata spędzone z profesorem Henrykiem Bistą - wspaniałym, charakterystycznym aktorem z Wybrzeża - na pewno pomagają mi interpretować piosenki. Pomaga mi to również odpowiadać sobie na pytania, jak technicznie rozwiązać jakieś problemy w filmie. Jestem wdzięczna losowi, że właśnie on - wielki mistrz drugiego planu - był moim profesorem. Jemu nie przychodziło nic łatwo, nie był amantem. Posiadał olbrzymią wiedzę, którą się z nami dzielił. Gorąco namawiam młodzież, gdyby chciała pójść moją drogą, na studia aktorskie. Jest to ciężkie, ale jak się ukończy taką szkołę, bardzo ułatwia pracę na scenie.

Czuje się Pani inspiracją dla części swoich fanów, widzów, słuchaczy?

W pewnym sensie tak. Na początku widziałam to w imionach. Gdy byłam mała, rzadko spotykałam Izabele, a teraz to dosyć popularne imię. Trochę przyczyniłam się do tego, zresztą nierzadko to słyszę. Natomiast dzisiaj po koncertach bardzo pielęgnuje, aby spotykać się z publicznością, chociaż na pół godziny, żeby porozmawiać, zrobić zdjęcia, podpisać płytę czy książkę. Wtedy dowiaduję się od ludzi, jak potoczyły się ich losy. Często, np. poprzez jakiś mój występ bądź utwór, coś się w ich życiu zadziało.

Sztuka, życie, nowe wyzwania i... przeboje!

To niezwykłe, jak twórczość, sztuka może zmieniać życie. Zgadza się Pani z tym stwierdzeniem?

Zdecydowanie tak! Za przykład niech posłuży "lajtowa" historia. Przypomniało mi się, jak Felek Andrzejczak opowiadał mi, że często przychodzą do niego równolatki i mówią: "Zobacz, Felek! Widzisz moją latorośl? To przy «Jolka, Jolka»!". Jest to oczywiście traktowane "na wesoło", ale niesie i głębszy sens. Proszę zobaczyć, lata 80. to był bardzo mocny okres buntu młodzieży. Ta cała Solidarność, ale nie tylko politycznie. To było bunt w nas, że za granicą mają cudne życie, a my nawet nie mamy papieru toaletowego, bo go zwyczajnie nie było, zdobywało się go. I tylko ocet na półkach, a reszta na talon jakiś. Jak się brało ślub, to można było lodówkę kupić, telewizor. No żarty, prawda? Mleko, to z żółtą kartką, było tylko dla ciężarnych. No przepraszam, ale to jakieś niesprawiedliwe. I każdy z nas, kto mógł zobaczyć, jak żyją inni za granicą, buntował się. Jak przyszła okazja, żeby wybuchnąć, to wybuchliśmy razem z Solidarnością bardzo mocno. I podobnie działo się w muzyce. Dlatego ta muzyka była prawdziwa i do tej muzyki się wraca. I będzie się wracało.

Muzyka towarzysząca dziś młodym Polakom jest inna.

Oczywiście, obserwuję to i szanuję. Dzisiaj technika odgrywa większą rolę w nagrywaniu płyt niż kiedyś. Bez nakładu kapitału płyty nie nagrasz. Już nie zrobisz tak jak kiedyś np. Kiepura, który wszedł na swoje auto i zaśpiewał arię na Nowym Świecie. O tym się natychmiast mówiło, to było wydarzenie. Dzisiaj nie słyszy się raczej o takich występach. A gdyby były, czy miałyby odbiorców? Chyba niewielu. Żeby zaistnieć, nagrywa się teraz płyty według globalnych standardów - modowych, technicznych i muzycznych. Jak ja nagrywałam płyty, dla mnie najważniejszy był rock&roll.

Wśród artystów, którzy w ostatnich latach zyskali popularność w Polsce i stanęli przed wielką publicznością, tych młodszej daty, widzi Pani kogoś, kto może stać się gwiazdą na długie lata, zachwycić pokolenia słuchaczy?

Przychodzi mi do głowy oczywiście Dawid Podsiadło. Myślę, że też Sylwia Grzeszczak, która ma nieprawdopodobny głos, gra pięknie na pianinie, komponuje i wygląda.

Pani zdaniem jest artystką na dekady?

Zdecydowanie.

Ktoś jeszcze?

Jest ich więcej i bądźmy z nich dumni! Jest np. Mrozu, który miewa różne okresy w swojej twórczości. Często milczy, ale kiedy z czymś wyjdzie, to jak z piosenką "Aura", która jest do dzisiaj dla mnie aranżacyjnie w punkt. Jest przykładem świetnej sekcji, a jednocześnie niesamowitej energii. Jak mam zły dzień, to zaczynam od tej piosenki i potem tanecznym krokiem wychodzę z domu.

Skoro mówimy o tym, co artyści tworzą obecnie, musimy wspomnieć, że również Pani głos możemy usłyszeć w nieco odświeżonym muzycznie wydaniu.

Właśnie po tej "Aurze" nabrałam ochoty troszeczkę na saksofon. I tutaj proszę, Artur Włodkowski zachwyca solówkami w moich nowych piosenkach.

Co skłoniło do takiej zmiany stylu, jaką możemy usłyszeć w wypuszczonym przed kilkoma dniami utworze "Znów będziemy tańczyć"? Jeszcze kilka miesięcy temu, przy "Niebie nad Warszawą", pozostawała Pani bliżej znanego szerszej publiczności wizerunku.

I ciągle przy nim pozostaję, gdyż pierwsze wynika z drugiego. Wydane w lutym "Niebo nad Warszawą" to piosenka skomponowana przez Bogdana Gajkowskiego wiele lat temu do tekstu Andrzeja Mogielnickiego. Wróciłam do tej piosenki, spotkałam się z Andrzejem, bo zawsze bardzo ją lubiłam. Jednak nigdy wcześniej nie postawiliśmy takiej "kropki nad i". Utwór nie miał aranżu, który by mnie przekonał, dlatego długo nie ujrzał światła dziennego. Bogdan powiedział: "Zrób z tym, co chcesz", a Andrzej zachęcił do działania. Spotkałam poprzez Pawła Trześniowskiego zespół "Plastic" i oni zaproponowali ten pulsujący aranż. Zrobili w nim lekki ukłon w stronę mojego od zawsze idola – Bryana Ferry i Roxy Music. Jestem bardzo dumna z tej piosenki. Pod nią podpisuje się obie rękami, a została ona też dobrze przyjęta przez moich fanów. Pomyślałam więc, że skoro Agnieszka Burcan i Paweł Radziszewski zaproponowali mi nową piosenkę, którą specjalnie dla mnie napisali, spróbujmy i zobaczymy, jak się w tym odnajdę. I to jest właśnie utwór "Znów będziemy tańczyć". Tekst jest absolutnie dla mnie i dla wszystkich osób, które nie składają broni, dopóki mają fantazję, czują w sobie pokłady energii, miłości i wolności.

Pozwoli Pani, że zacytuję komentarz jednego z fanów pod tym klipem. "Pani Izabela od lat 80. niezmiennie piękna, stylowa. Czas jest dla niej łaskawy". Myśli Pani, że jest? Czy jednak upływające lata dają się już mocniej odczuć?

Widzi pan, siedzę naprzeciwko, jestem zdrowa, uśmiechnięta. Czyli jest łaskawy! A najważniejsze, że otaczam się ludźmi, którzy chcą pracować, którzy się ze mną zgadzają, idą krok w krok, z taką samą chęcią sprawdzenia swoich nowych pomysłów.

Izabela Trojanowska z ważnym przesłaniem

Posłużę się jeszcze jednym cytatem, tym razem z Pani. "Zaczęłam odczuwać wielką pustkę, jakby schodziło ze mnie powietrze. Wszystko ważne stało się dla mnie obojętne". To Pani wspomnienie zmagań z depresją, z którą dzisiaj walczy dużo młodych ludzi.

Bardzo dużo. Młodzież popełnia samobójstwa i trzeba im kompleksowo pomóc. Psychiatrzy są źle opłacani, brakuje specjalistów. Tu leży największy problem. Żeby dać wsparcie młodemu człowiekowi, trzeba do niego dotrzeć i zrozumieć, dlaczego cierpi.

Z bagażem trudnych i cennych doświadczeń, który Pani niosła i wciąż niesie, bo przecież nie pozbywamy się go na pstryknięcie palcami, co mogłaby Pani przekazać osobom walczącym o własne zdrowie psychiczne?

Wszystko mija. To powinno wybrzmieć. Wszystko mija. Złe myśli też mijają. Nie podejmujcie głupich decyzji. Jeżeli ktoś jest w trudnym punkcie swojego życia, musi w tej walce dać sobie czas.

Z Izabelą Trojanowską rozmawiał Paweł Tabędzki, dziennikarz serwisu ZlotePrzeboje.pl i Radia Złote Przeboje.

Izabela Trojanowska i Paweł Tabędzki
Izabela Trojanowska i Paweł Tabędzki
fot. Radio Złote Przeboje

Zobacz także: Ed Sheeran przeszedł samego siebie. Polacy oszaleli [ZDJĘCIA | RELACJA]

Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na ZlotePrzeboje.pl!