advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
Włącz radio

To miała być tylko parodia. Dziś ten hit Fronczewskiego zna prawie każdy

OP
3 min. czytania
29.03.2024 19:26
Zareaguj Reakcja

Początkowo postać Franka Kimono, wykreowana przez Piotra Fronczewskiego, miała być tylko niewinnym żartem. Dziś słowa jego piosenek, takie jak „Nie rycz, mała nie rycz – ja znam te wasze numery” czy „Na bramce stoję, nikogo się nie boję”, weszły do języka codziennego, a sam utwór zyskał status przeboju. Jak powstał słynny kawałek?

|
fot. Jaka historia stoi za przebojem Piotra Fronczewskiego? Źródło: commons.wikimedia.org/Fryta 73/CC BY-SA 2.0

„King Bruce Lee karate mistrz” to piosenka, która zyskała popularność dzięki Frankowi Kimono. Za tym pseudonimem kryje się popularny aktor i satyryk Piotr Fronczewski. Postać wymyślonego wykonawcy, który zyskał ogromną sławę za sprawą swojej charakterystycznej melorecytacji, początkowo miała być jedynie parodią wokalistów disco polo. Niewinny żart potraktowano jednak na poważnie, a Fronczewski wydał jako Franek Kimono całą płytę!

Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na zloteprzeboje.pl!

Ta piosenka miała być jedynie żartem. Jaka jest jej historia?

Wszystko zaczęło się w latach 80., kiedy wszędzie dostrzec można było jeszcze echa zniesionego dopiero co stanu wojennego. W polskiej muzyce nastał jednak czas buntu. To wtedy Lady Pank nagrał „Mniej niż zero”, a Lombard śpiewał „Śmierć dyskotece!”:

Dopiero co zniknęły z ulic czołgi i grzejący się przy koksownikach żołnierze, ludzie byli w szoku, smutno jakoś wszędzie, ale przecież były miejsca, gdzie toczyło się inne życie. W „Bristolu” dyskoteka. Drogie alkohole, zachodnie przeboje, piękne damy, zapach zagranicznych papierosów. Inny świat – wspominał Andrzej Korzyński w wypowiedzi cytowanej przez serwis Bibliotek Piosenki.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo…

Zobacz także: 20 lat temu był na szczytach list przebojów. Dziś wraca i znów jest hitem!

Znany kompozytor także chciał dołożyć swój wkład do rodzącego się właśnie muzycznego nurtu. Miało się to stać właśnie za sprawą utworu „King Bruce Lee karate mistrz”:

Mieszkałem wtedy na Mokotowie, więc najbliżej miałem do „Remontu”. Tam często obserwowałem ten inny świat (choć tu bardziej siermiężny), a jego ważnymi składnikami byli bramkarze. Królowie życia, trochę cinkciarze, trochę sportowcy, trochę łobuziaki. No i zacząłem się zastanawiać, że warto byłoby ten świat, czy może bardziej światek, w trochę krzywym zwierciadle sportretować – wspominał aranżer.

Zobacz także: Wojciech Szczęsny to niezły ancymon! Nie zgadniecie, za kim szalał przed Mariną

To on był Frankiem Kimono. Dziś zna go każdy

Aby tchnąć w swój pomysł życie, Andrzej Korzyński potrzebował odpowiedniego wykonawcy. Poszukiwania nie trwały jednak długo. Swoją premierę miał właśnie film „Akademia pana Kleksa”, w którym Piotr Fronczewski zagrał główną rolę. Kiedy kompozytor usłyszał jego głos, wiedział, że ma już właściwą osobę.

Facet ma nieprawdopodobne brzmienie głosu, do tego umie dzielić frazę, no i wreszcie ma fenomenalny zmysł osadzenia postaci. Już po „Kleksie” wiedziałem że mógłby zrobić wielką karierę w szoł biznesie. Tyle, że jemu to nie pasowało, chciał grać wielkie dramaty Szekspira. Miał inne plany życiowe, a ja go tu zacząłem wciągać w interes dosyć frywolny. Wreszcie po solennej obietnicy z mojej strony, że to incydentalne wydarzenie, zgodził się – opowiadał Korzyński.

Początkowo niechętny do współpracy Piotr Fronczewski przystał na propozycję kompozytora. Obaj panowie stworzyli razem dwa utwory: „King Bruce Lee karate mistrz” i „Dysk dżokej”. Szybko okazało się jednak, że ich współpraca na tym się nie zakończy. Wkrótce Franek Kimono wydał długogrającą płytę winylową, na którą napisano aż jedenaście piosenek.

Zobacz także: „Milionerzy”. Wtopa na pytaniu o słynny wiersz Brzechwy!

„King Bruce Lee karate mistrz” jest dziś przebojem. Utwór nigdy nie wybrzmiał na żywo

Choć postać Franka Kimono stała się niezwykle popularna, Piotr Fronczewski nigdy nie wystąpił pod tym pseudonimem na scenie:

Wielokrotnie mu to proponowano. Nigdy jednak nie pojawił się na estradzie. Był przeznaczony tylko do ucha, do wyobraźni. Mimo to szalenie go lubiano, o czym niech świadczy fakt, że zwaliły mu się na głowę wszystkie możliwe telewizje, łącznie z japońską i amerykańską. Byłem zawstydzony, nie bardzo umiałem się w tym znaleźć. Dla nas pan o inicjałach F. K. był efektem ubocznym większej roboty. A tu nagle wyrósł taki kwiatek – opowiadał aktor w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów”.

Jedyny raz, kiedy Fronczewski przebrał się za postać, miał miejsce podczas sesji zdjęciowej na okładkę swojej płyty. Aktor pozował wówczas w wypożyczonym z sekcji judo kimono, ucharakteryzowany tak, by wyglądem przypominał Chińczyka.

Oglądaj

 

Zobacz także: Ten portret McCartneya rozpętał burzę w sieci. „Wygląda jak bochenek!”

Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na zloteprzeboje.pl!