advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
Włącz radio

Polka ma 12 medali igrzysk. Jako 11-latka została olimpijką. "Szalone" [WYWIAD]

9 min. czytania
30.09.2024 19:30
Zareaguj Reakcja

Natalia Partyka wróciła z Paryża z kolejnymi dwoma medalami, dzięki czemu powiększyła kolekcję do aż 12 krążków. Jej kariera to pasmo sukcesów, jednak nie zawsze było z górki. Urodzona bez prawego przedramienia tenisistka stołowa opowiedziała o trudnych oraz wspaniałych chwilach bogatej kariery w szczerej rozmowie z dziennikarzem Radia Złote Przeboje i ZlotePrzeboje.pl.

Natalia Partyka i jej olimpijskie medale z Paryża|
fot. Paweł Tabędzki

Natalia Partyka jest ikoną sportu osób niepełnosprawnych w Polsce i na świecie. Startowała na aż siedmiu Igrzyskach Paralimpijskich, zdobywając łącznie 12 medali. Po raz pierwszy na takiej imprezie pojawiła się w wieku zaledwie 11 lat. Reprezentowała nasz kraj również w rywalizacji z pełnosprawnymi - z wystarczającymi sukcesami, by wystąpić na Igrzyskach Olimpijskich. Dorobek 35-latki robi olbrzymie wrażenie. Tym bardziej, że tenis stołowy to dyscyplina wymagająca dekad ciężkiego treningu, aby móc zbliżyć się do perfekcji.

Paweł Tabędzki, Radio Złote Przeboje: Spotykamy się w Gdańsku, w hali Polskiego Związku Tenisa Stołowego przy ul. Meissnera. To miejsce, w którym trenujesz najczęściej?

Natalia Partyka, wybitna reprezentantka Polski w tenisie stołowym: Gdy jestem w Polsce, to właściwie zawsze trenuję tutaj, w Gdańsku. Zresztą już od kilkunastu lat można mnie spotkać w Centrum Szkolenia Polskiego Związku Tenisa Stołowego, a wcześniej… w hali naprzeciwko. Sala MRKS-u Gdańsk to miejsce, gdzie stawiałam pierwsze sportowe kroki. Można powiedzieć, że wszystko jest tu po sąsiedzku. Zawsze mieszkałam blisko sali.

Kto przyprowadził cię tu za pierwszym razem?

Zaczęłam grać, jak miałam 7 lat. Wydaje się wcześnie, ale uznaje się to za taki optymalny wiek, jeśli chodzi o tenis stołowy. Wszystko dzięki rodzicom. To oni chcieli, żebyśmy ja i moja siostra Sandra coś robiły. Siostra jest ode mnie o 4 lata starsza, więc ona pierwsza rozpoczęła treningi. Ja na początku przez jakiś czas jeszcze się przyglądałam z boku, ale jak tylko trochę podrosłam, trener powiedział, żebym też dołączyła i spróbowała swoich sił razem z Sandrą. I spodobało mi się. Zostałam na dobre, wsiąknęłam w to środowisko. Miałam z tego dużo frajdy. Też fajnie się mną zaopiekowano. Od początku ktoś coś we mnie dostrzegł i wszyscy pilnowali, żebym trenowała i się rozwijała.

Raptem cztery lata później śledziliśmy pierwszy udział małej Natalki w Igrzyskach Paralimpijskich w australijskim Sydney. Jakie to było uczucie i jak się w ogóle o tym wyjeździe dowiedziałaś? Jak podróż na drugi koniec świata wyglądała oczyma 11-letniego dziecka?

Rzeczywiście, kwalifikowałam się na igrzyska w wieku 11 lat, więc byłam małą dziewczynką. Patrzyłam na wszystko oczami dziecka, ale wiadomo, że nie pojechałam tam za darmo. Ja po prostu sobie tę kwalifikację musiałam wywalczyć. Nawet ostatnio patrzyłam na statystyki, na historię swoich występów w turniejach. I okazuje się, że już w 1999 roku zgarniałam jakieś pierwsze złote medale. Tak więc pewnie od 1998 roku - wówczas jako 9-latka - jeździłam, walczyłam i budowałam ten ranking.

Zobacz także: Francuzi w euforii! To było dla nich dużo ważniejsze niż ceremonia w Paryżu

To było naprawdę fajne przeżycie. Teraz wydaje się trochę takie… szalone, że na igrzyska pojechałam w tak młodym wieku. Myślę jednak, że wtedy rodzice po prostu cieszyli się, że gram, że to wszystko idzie w dobrą stronę. Puścili mnie, ja pojechałam. Byłam taką maskotką polskiej reprezentacji, bo byłam najmłodsza ze wszystkich uczestników igrzysk. I, co ciekawe, nie pamiętam prawie nic z sali, z meczów. Tych wspomnień nie ma. Za to mam dużo innych spoza hali. Spędziliśmy w Sydney dobre trzy tygodnie, więc fajne doświadczenie.

Myślisz, że otwieranie wielkich aren dla tak młodych zawodniczek i zawodników to odpowiednia strategia dla ich rozwoju. Czy może warto się czasem wstrzymać, by dać więcej czasu?

Szczerze mówiąc, nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Myślę, że to jest dosyć trudny temat. Można na to spojrzeć z różnych stron. Z perspektywy czasu, jak spojrzę na siebie, mi to w żaden sposób nie zaszkodziło, a wręcz pomogło. Ale pewnie też sporo zależy od dyscypliny, od tego, kto jakim jest człowiekiem, jakim jest zawodnikiem, jakich ma ludzi wokół siebie. Na pewno warto się też zastanowić, czy zbyt duże obciążenia niektórym młodym zawodnikom nie szkodzą. U mnie wszystko było w porządku.

Każdy, kto podejmował się sportowej rywalizacji w bardzo młodym wieku, ma świadomość, że na turniejach dzieci często leją się łzy, niezależnie od dyscypliny. Jak było w twoim przypadku?

Ja też pamiętam takie obrazki z turniejów w młodszych kategoriach. Przede wszystkim, dzieciaki grały przy stołach, w międzyczasie płakały, a gdzieś tam w tle, za barierkami… rodzice, którzy to też bardzo mocno przeżywali. Natomiast dla mnie to obrazek, który pamiętam, jednak nie z autopsji. Ja nie płakałam po przegranych meczach czy w trakcie gry. Wiadomo, dzieciakami targały różne emocje, a tenis stołowy - kto grał, ten wie - jest bardzo dynamiczny i stresujący. Pojawia się naprawdę mnóstwo różnych emocji. Mnie łzy ominęły. Może po prostu taka byłam. Kilka razy w dalszej przygodzie ze sportem jakaś łezka się uroniła, ale zazwyczaj brałam porażki na klatę, jakoś sobie nieźle z nimi radziłam.

Pamiętasz może taką porażkę, która wpłynęła na twoje postrzeganie siebie w tej dyscyplinie, która była trudną i cenną lekcją?

Chyba każda porażka to cenna lekcja, tylko dużo zależy od nas samych. Ważne, jak do tego podejdziemy. Myślę też, że bez wielu porażek nie ma późniejszych zwycięstw, bo one głównie nas budują jako zawodnika. Przegrałam w swoim życiu wiele meczów. Przegrywałam mecze bardzo gładko, przegrywałam takie, które powinnam była wygrać, ale i takie, w których wysoko prowadziłam i wszystko układało się fenomenalnie.

Zobacz także: Paryż 2024. Największa porażka na starcie Igrzysk Olimpijskich

Pamiętam, jak kiedyś - to było w roku chyba 2012, a może przedolimpijskim - jeździłam na turnieje międzynarodowe i udaliśmy się z reprezentacją do Kataru. Miałam dosyć ciężkie losowanie. Odpadłam już na etapie fazy grupowej i szybko zakończyłam zmagania. Potem siedziałam na trybunach i oglądałam moich kolegów oraz koleżanki z reprezentacji. I myślałam… "kurczę, co jeszcze muszę zrobić, żeby na tych trybunach siadać jak najpóźniej, a jak najdłużej zostać przy stole". Wróciłam do Polski i zaczęłam trenować jak szalona. Wtedy jeszcze byłam na tyle młoda, że wielkie obciążenia wytrzymywałam bezproblemowo, nawet grając bardzo dużo. Wszystko przez to, że po prostu nie chciałam się czuć tak, jak się czułam w czasie tego feralnego turnieju. To przekuło się w coś pozytywnego, bo wkrótce wywalczyłam kwalifikację na Igrzyska Olimpijskie w Londynie do turnieju indywidualnego.

Twoja kariera była i jest nieprawdopodobnie bogata. Z którego sukcesu jesteś najbardziej dumna? Satysfakcjonowały cię osiągnięcia w sporcie osób pełnosprawnych, czy może wieloletnia dominacja w swojej kategorii niepełnosprawności, m.in. w startach na Igrzyskach Paralimpijskich?

Jeśli chodzi o podział na sport olimpijski a paralimpijski i inne zawody tego typu, zawsze miałam problem, żeby to jakoś dokładnie określić. Niedawno trochę dłużej się nad tym wszystkim zastanawiałam i dzisiaj wydaje mi się, a nawet jestem przekonana, że największe znaczenie dla mnie ma po prostu całość, jak ta moja kariera wyglądała od początku do teraz. Ona się jeszcze nie skończyła. Jeszcze mam nadzieję, że coś do niej dorzucę. Myślę, że pomimo tego, iż wiele osób dało mi szansę, coś tam we mnie dostrzegli, nikt w najśmielszych marzeniach nie mógł oczekiwać i spodziewać się tego, że osiągnę aż tyle - i w sporcie osób niepełnosprawnych, i wśród pełnosprawnych. Wiadomo, po drodze było mnóstwo medali, mnóstwo świetnych meczów w sporcie paralimpijskim, olimpijskim - to wszystko też mnie bardzo cieszy. Jednak całokształt, o którym mówię, jest najbardziej budujący. To pokazuje, że wiele możemy zrobić, gdy sobie jakiś cel postawimy. Nawet rzeczy z pozoru niemożliwe okazują się osiągalne.

Kto dawał ci szanse i dostrzegał w tobie wielki potencjał? Czyja rola była najbardziej istotna?

Moje pierwsze początki w MRKS-ie Gdańsk to przez kilka tygodni lub miesięcy praca pod okiem świętej pamięci Aleksandra Mielewczyka. On był moim pierwszym trenerem. Niestety, później zmarł. Pałeczkę przejął Bronisław Zygmanowski. To jest trener, który dużo swojego czasu mi poświęcił. Pamiętam, że jak chodziłam do szkoły, miałam czasami na popołudnie. Wówczas trener przyjeżdżał specjalnie dla mnie na salę, żeby przed szkołą jeszcze ze mną potrenować. Mnie przywoził dziadek. Trener Zygmanowski już czekał, a ja zawsze grałam z nim ze dwie godzinki. Po takim treningu dziadek zawoził mnie na zajęcia do szkoły, szłam na lekcje i wracałam później na wieczorny trening. Następnie byli ludzie ze sportu paralimpijskiego. Pan Mielewczyk i pan Zygmanowski ich znali. Kiedy więc ja się pojawiłam, dali im dali cynk, że taka mała dziewczynka bez ręki jest. Wtedy ja i rodzice zostaliśmy uświadomieni, że coś takiego jak sport osób z niepełnosprawnością w ogóle istnieje. Nie mieliśmy wcześniej po prostu o tym pojęcia. W dalszej przygodzie pojawiały się takie osoby jak Leszek Kucharski, Jarosław Kołodziejczyk, Michał Dziubański. Z nimi bardzo dużo pracowałam na co dzień. Każdy dołożył swoją cegiełkę do mojego rozwoju. W sumie było tych osób mnóstwo. Myślę, że miałam szczęście do ludzi.

Choć śledzenie zmagań podczas Igrzysk Paralimpijskich bywa utrudnione, z Paryża zostanie z nami jedna scena, którą każdy Polak z pewnością widział i zapamięta na długo. To twój kolega z sali - Patryk Chojnowski - wskakujący na stół po zdobyciu złotego medalu (wideo załączamy poniżej). Przepiękna sportowa radość. Pod viralowym nagraniem w mediach społecznościowych pojawiło się jednak mnóstwo komentarzy podważających skalę niepełnosprawności Patryka. Czy kiedykolwiek sama spotkałaś się z takimi reakcjami?

Najpierw stanę trochę w obronie Patryka. Przede wszystkim, ma ze dwa metry wzrostu, więc wejście na stół w jego przypadku to nie jest nie wiadomo jaki wyczyn. Mi pewnie byłoby się trochę trudniej wdrapać. W każdym razie, Patryk ma niepełnosprawność. To problem z kostką, miał wypadek jako bardzo mały chłopiec. Gdy mu się przyjrzymy, może na pierwszy rzut oka tej niepełnosprawności nie widać, jednak wiedząc, jak wygląda jego noga, kończą się wątpliwości. Natomiast tak samo można powiedzieć o moim przypadku, że "tylko nie mam przedramienia, a skoro gram w sporcie pełnosprawnych, to po co startuję na Igrzyskach Paralimpijskich". Czasami takie komentarze do mnie trafiały, ale to naprawdę znikomy procent. Po prostu tę niepełnosprawność mam, więc totalnie mam prawo startowania w sporcie paralimpijskim. I tak samo miałam też prawo startowania w sporcie olimpijskim, ponieważ osiągnęłam wystarczający poziom.

Natalia Partyka o swojej niepełnosprawności i ciężkiej pracy. "Nietrafione komentarze"

Brak przedramienia trochę moją grę zakłóca, bo balans ciała zostaje zaburzony, a nasz sport jest niezwykle dynamiczny, szybki, teraz idzie jeszcze w kierunku siły. Zawsze wiedziałam, co chcę osiągnąć. Miałam świadomość, że to mnie będzie kosztowało więcej pracy. Fakt, że jestem w stanie grać na takim poziomie, jest moją zasługą. Siedziałam na sali dzień i noc, pracując na to, żeby stało się to możliwe. Wspomniane komentarze są nietrafione i właściwie jakoś mocno mnie nie dotykają.

Tenisiści stołowi znad Wisły w Paryżu rozwiązali worek z medalami. Z Igrzysk Paralimpijskich Polacy przywieźli w sumie 23 krążki, z czego aż 8 to efekt zmagań w waszej dyscyplinie. Dwa medale zawisły na twojej szyi. Czy to pokazuje, w jakim punkcie jest obecnie tenis stołowy w Polsce? A może wynika z jakiegoś bliżej nieokreślonego zbiegu okoliczności?

Tenis stołowy w Polsce jest na w miarę fajnym poziomie. Mamy kilku zawodników, którzy naprawdę bardzo dobrze grają - również na arenach międzynarodowych. To chociażby olimpijka Natalia Bajor, która na igrzyskach w Paryżu rozegrała świetne mecze, bardzo wyrównane, z dobrymi zawodniczkami. Dostarczyła nam wszystkim wielu emocji, więc to też fajna promocja tenisa stołowego. Naszej dyscypliny nie ma zbyt często w mediach, dlatego tym bardziej doceniamy, że Natalka zrobiła fantastyczną robotę. Pokazała cały urok tenisa stołowego. W jej meczach było po prostu wszystko, a przede wszystkim mnóstwo emocji. Jest również Kuba Dyjas, jest Miłosz Redzimski, którzy naprawdę dobrze grają. W sporcie olimpijskim konkurencja jest jednak dużo większa. Natomiast jeśli chodzi o sport paralimpijski, my od dawna zdobywamy medale. Udowadniamy swoimi sukcesami, jak silną ekipą jesteśmy na arenie międzynarodowej.

Wielki sukces Polaków w Paryżu. Tenis stołowy króluje!

Ostatnie igrzyska w Paryżu to osiem krążków, dzięki czemu byliśmy dyscypliną, która zdobyła najwięcej medali dla Polski. Zawsze wyprzedzała nas lekkoatletyka, bo tam było tych możliwości medalowych więcej. Teraz to my jesteśmy na pierwszym miejscu, więc bardzo mnie to cieszy. Patryk Chojnowski, Karolina Pęk, Piotrek Grudzień czy ja zapracowaliśmy na to. Pewnie niektórym z nas już nieco bliżej końca kariery niż dalej. Dlatego zastanawia mnie, kto nas zastąpi. Zapewne Patryk, ja czy Piotrek - już jesteśmy wszyscy po "trzydziestce" - skończymy wcześniej niż np. Karolina Pęk. Ona pewnie będzie zdobywać medale dłużej. Ale co dalej? Trzeba znaleźć sposób, żeby młodych zawodników przekonać do cięższych treningów w wymagającej, niszowej dyscyplinie.

Jak zatem zachęciłabyś dzieci i młodzież do wyboru właśnie tenisa stołowego? Jak przekonałabyś rodziców, żeby przyprowadzili swoje pociechy na salę, aby wykonali to zadanie, którego kiedyś podjęli się twoi bliscy?

Tenis stołowy to trudna dyscyplina, ale potrafi przynieść mnóstwo radości. Myślę, że wszyscy kiedyś graliśmy. Każdy z nas kiedyś miał kontakt - czy to w szkole, czy na wakacjach - ze stołem do pingponga, z rakietką. Coś tam się odbijało, prawda? Jednak "granie na poważnie", na wysokim poziomie - to jest zupełnie coś innego. Przychodzi jeszcze więcej frajdy, gdy rozwiniemy swoje umiejętności.

To bardzo ogólnorozwojowa dyscyplina. Grając, stajemy się sprawniejsi, uczymy się koordynacji, uczymy się szybkiego podejmowania decyzji, reagowania. Powoli odnajdujemy "timing" i poznajemy też własne ciało. Tenis stołowy poprawia naszą sprawność i samopoczucie.

Zobacz także: Izabela Trojanowska szczera do bólu. „Wszystko mija” [WYWIAD]

Wiadomo, że nie każdy zaczynając musi myśleć o tym, aby stać się zawodowcem, żeby osiągać nie wiadomo jak wielkie sukcesy. Ale na pewno warto uprawiać sport, bo jest więcej plusów niż minusów.

Przy stole jesteśmy zdani sami na siebie. Radzenie sobie ze stresem, z porażkami, ze zwycięstwami… To również lekcja samodzielności. Bardzo gorąco wszystkim polecam. Wspaniała przygoda i super jest w tym wszystkim realnie uczestniczyć.

Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na zloteprzeboje.pl!