Sławek Uniatowski pracował z legendą lat 80. "W tych dekadach było najwięcej prawdy"
Od standardów jazzowych Franka Sinatry, lirycznych ballad miłosnych, aż do zwariowanych opowieści o... bobrach. Wszystko wskazuje na to, że Sławek Uniatowski zrobił sobie małą przerwę od wizerunku "poważnego pana w krawacie". O swoich muzycznych inspiracjach, niekończących się metamorfozach, a także nadchodzącej płycie opowiedział w rozmowie z serwisem Zloteprzeboje.pl.
Sławek Uniatowski na szeroką skalę zasłynął jako finalista 4. edycji "Idola". Na przestrzeni 20 lat grywał u boku najsłynniejszych reprezentantów nie tylko polskiej, ale również zagranicznej sceny muzycznej. Jak się okazuje, pasja do estrady narodziła się wiele lat wcześniej niż telewizyjny debiut, jeszcze w rodzinnym Toruniu.
Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na zloteprzeboje.pl!
Właśnie wtedy Sławek Uniatowski zasłuchiwał się w klasykach muzyki lat 80. i 90., zasilał szeregi bluesowego zespołu i komponował pierwsze utwory. Wygląda na to, że gwiazdor wraca do nastoletnich korzeni za sprawą nadchodzącego albumu pod tytułem "Uniatowski". Co tym razem piosenkarz przygotował dla słuchaczy? Ze Sławkiem Uniatowskim rozmawia Amelia Majek, redaktorka serwisu Zloteprzeboje.pl.
Sławek Uniatowski o najnowszej płycie
Jak wiele zmieniło się od wydania płyty "Metamorphosis"?
Bardzo dużo się zmieniło. Przede wszystkim jakoś tak podrosłem niefizycznie. Psychicznie trochę wydoroślałem, trochę zszedłem na ziemię. Na pewno przez moment grałem w serialu "M jak miłość" - zupełnie z przypadku. Niespecjalnie się tam pchałem. Zaproponowano mi angaż, więc stwierdziłem, że gdzie ja - z tą moją muzyką około jazzową - mogę dotrzeć do tych wszystkich ludzi, jak nie przez masowe media. W międzyczasie zacząłem pracę nad najnowszą płytą. Wydarzyły się różne dziwne sytuacje na świecie: pandemia, wojna. Więc ta płyta była wstrzymywana. Na szczęście, wreszcie jest gotowa do wydania.
Zobacz także: To Podsiadło zrobił w Chorzowie. Rojek nie krył wzruszenia! „Szalone!”
“Podrosłeś” także pod względem muzycznym?
W zasadzie nie. Ja gram od piątego roku życia. Najpierw grałem na pianinie, potem zacząłem grać na gitarze, potem przybywały kolejne różne instrumenty, więc też - znajomość muzyczna. Przez te ostatnie sześć lat tak naprawdę muzycznie nic się we mnie nie zmieniło. Muzycznie też jakoś niespecjalnie dojrzałem, bo dojrzały muzycznie byłem już w wieku 24 lat. Zwłaszcza w tym czasie skomponowałem bardzo dużo piosenek, jednak nie mogłem wydać tych numerów, ponieważ byłem blokowany przez wytwórnię muzyczną, z którą podpisałem kontrakt zaraz po “Idolu”.
Jeżeli chodzi o taką sferę muzyczną, to nic się nie zmieniło. Nadal mam mnóstwo pomysłów. W zasadzie w wielu gatunkach muzycznych, bo nie potrafię być tylko i wyłącznie w jazzie, techno czy w popie, jestem też bardzo rockowy. Lubię różne rzeczy. Nie jestem tylko panem w garniturze, ale panem z łysą glacą i w kolczykach. Jeszcze bez tatuaży.
"Całe moje życie było pełne zmian"
Czy głównym hasłem twórczości Sławka Uniatowskiego są metamorfozy?
Coś w tym na pewno jest. Całe moje życie było pełne zmian. Miałem grzywkę na Biebera, zanim Bieber miał grzywkę. Miałem kręcone dłuższe włosy i wąs, zanim miał ten wąs Dawid Podsiadło. Teraz mam łysą głowę na jakiś rok wcześniej niż Krzysztof Zalewski. Zawsze byłem takim muzykiem ze swoimi własnymi pomysłami, tutaj mamy akurat przykłady wyglądu zewnętrznego, ale jakoś tak wszystko wyprzedzałem. Jeśli chodzi o metamorfozy, to tak. Odkąd pamiętam farbowałem sobie włosy, a to byłem blondynem, a to miałem irokeza, a to chodziłem na przykład w make-upie.
Chodziłem na przykład w smokingu na drum and bass i dubstepy, jak miałem gdzieś 20 czy 21 lat. Zawsze byłem jakiś taki inny, zawsze byłem troszeczkę pod prąd. Założyłem z przyjaciółmi w 1999 roku, w wieku 15 lat, pierwszy ogólnopolski fanklub Queen. Trzy lata później byliśmy pod domem Fredka. Spędziłem wtedy w Londynie osiem dni, nie miałem wtedy, gdzie spać, a w kieszeni tylko 90 funtów. Moje życie jest jedną wielką przygodą, jak najbardziej metamorfozą. No więc jestem bardzo różnym człowiekiem.
Czy takie zmiany odzwierciedlają się w Twoim repertuarze?
Jak najbardziej. Mój ostatni album, który nazwałem "Uniatowski", miał wcześniej nazywać się "Wielki Błękit". Wcześniej nagrane materiały bardzo mi spowszedniały, już nie były dla mnie. Tę płytę zaczęliśmy nagrywać, chyba od roku 2020. Jako że tyle czasu minęło, stwierdziłem, że sam muszę to zrobić. Sam nagrałem większość instrumentów, od początku nagrałem też wokale i zaaranżowałem całą płytę na nowo. W taki sposób, żeby była troszeczkę bardziej nowoczesna. W stronę lat 80. i 90., które są mi bardzo bliskie. Brzmi troszeczkę jak Quincy Jones czy David Foster, z którym zresztą miałem zaszczyt pracować przez trzy dni. Zagraliśmy fantastyczny koncert.
Takie spotkania zawsze były dla mnie ważne. Warto przekazywać mądrości i wartości muzyczne dla dalszych pokoleń. Szczególnie w tych czasach, kiedy muzyka jest bardzo płaska, a twórczość artystów z lat 80. i 90. była wielopoziomowa. Z kolei ja chciałem, żeby mój najnowszy album był troszeczkę filmowy. Przykładowo film “Top Gun” z Tomem Cruisem. W pierwszej oryginalnej części mamy muzykę Hansa Zimmera, której wszystkie plany są bardzo zróżnicowane. Człowiek zamyka oczy i widzi najważniejsze pejzaże. Mój album właśnie taki jest. Można sobie bardzo dużo wyobrazić.
Radio, sklepy muzyczne i kasety za trzy złote
Dlaczego tym razem wybór padł na lata 80. i 90.?
Przede wszystkim dlatego, że taka muzyka najbardziej odpowiadała mi, kiedy byłem dzieckiem. U mnie w domu nie było muzyki, więc wszystko, z czego czerpałem było radio w latach 90. - ono mnie ukierunkowało. Chodziłem też do sklepów muzycznych. Zakładałem słuchawki na uszy, przesłuchiwałem najróżniejsze płyty, których nie miałem w domu, na które nie było mnie stać. Kupowałem takie pirackie kasety, swego czasu kosztowały trzy złote w kiosku. Można było kupić kasetę Queen czy Depeche Mode. W ten sposób budowałem sobie takie eklektyczne brzmienie, stąd te lata 80. i 90., troszeczkę 70.
Moim zdaniem, w tamtych dekadach było najwięcej prawdy. Nie było wtedy badań rynkowych. Prawda jest taka, że słuchacz nie wie, czego chce. Jeżeli mu się poda coś ciekawego, puścimy mu to kilka razy i to mu się spodoba. Natomiast, jeżeli będzie się podawało tylko i wyłącznie takie rzeczy, które są testowane na jakiejś grupie ludzi, która nie zna się na muzyce… jak mamy kształtować gusta muzyczne Polaków? Niestety to idzie w bardzo złą stronę. Cóż trzeba robić swoje.
A jaką prawdę Ty chciałbyś przekazać słuchaczom?
Moją prawdą jest przede wszystkim… moja muzyka. Nigdy nie robiłem muzyki z nastawieniem na to, żeby zarobić pieniądze. Uważam, że jest to dość błędne podejście, jeżeli chce się być prawdziwym artystą. Oczywiście można iść w jakimś gatunku, ale to wszystko powinno być zgodne z sercem. Ja całe życie kierowałem się przede wszystkim sobą, tym, żeby nikogo nie oszukiwać i nikogo nie udawać. Nie kreować siebie na jedną, konkretną postać, bo ja jestem różny. Nie mogę być cały czas taki sam, bo będę się męczył i tak bardzo długo byłem eleganckim panem Sławkiem w garniturze i w krawacie. Myślę, że jestem jeszcze młodym człowiekiem i do tego krawata mogę wrócić za jakieś załóżmy 5 czy 10 lat.
Muzyka oczami samouka. Sławek Uniatowski o swojej twórczości
Czy w takim razie wizerunkowe poszukiwania muzyczne, sceniczne dalej trwają, czy można uznać ten proces za zakończony?
Mam w głowie tyle pomysłów, że zawsze do jakiejś szufladki mogę sobie wrócić. Powstają nowe muzyczne zespoły, które mogą mnie zainspirować. Z reguły to nie są nowe rzeczy, tylko stare, jeszcze przeze mnie nieodkryte. Ja mam dość skomplikowany umysł, jeżeli chodzi o muzykę, ponieważ widzę ją kolorami, odległościami, geometrią. Jestem samoukiem, gram na dwudziestu instrumentach. W zasadzie nigdy nie uczyłem się ani śpiewać, ani grać. Jakoś tak mi przyszło naturalnie, wraz z własnym uporem. Rodzice mnie nie zachęcali do grania czy śpiewania, a wręcz odciągali.
Najnowszy album promuje piosenka anglojęzyczna, bardzo dynamiczna. Czy jest to specjalny zabieg? Symbol odcięcia się od starej ery?
Tak, myślę, że jest to specjalny zabieg. Bardzo ryzykowny, bo wiem, że Polacy lubią słuchać muzyki po polsku. Tym bardziej, że są przyzwyczajeni, że śpiewałem dużo takich piosenek - od Zbyszka Wodeckiego do Andrzeja Zauchy. A ja nie chcę już być kojarzony ze śpiewaniem coverów. Całe życie to robiłem. Stwierdziłem, że chcę odciąć się od tamtego Uniatowskiego, który miał swoją "Metamorphosis", taką zmianę, jakieś pogodzenie się z dawnymi czasami. Stwierdziłem: "dobra, teraz pójdziemy troszeczkę w inną stronę". Płyta "Uniatowski" nie jest po angielsku. Na "Metamorphosis" mamy osiem piosenek po angielsku, a reszta jest po polsku. Przy okazji płyty "Uniatowski" jest troszeczkę odwrotnie, mamy osiem piosenek po polsku, a tylko cztery po angielsku.
"Drinking About You"
Przejdźmy do najnowszego singla, który niedawno ujrzał światło dzienne. Czy chciałbyś opowiedzieć o kulisach jego powstania?
Zatytułowałem singiel "Drinking About You", ponieważ stwierdziłem, że jest to na tyle zabawny zwrot, że warto byłoby ten pomysł gdzieś wykorzystać. Kiedyś sobie to zapisałem, mówię dobra, nagram o tym piosenkę. Tekst napisał ze mną Robert Amirian, czyli znany muzyk z wyjątkowym, wielkim mózgiem. Oczywiście muzyka jest moja, zawsze jest moja, podobnie jak w przypadku "Metamorphosis". Cała płyta powstawała na nowo w studiu Mateusza Krautwursta.
Mogłem sobie eksperymentować z syntezatorami, nagrywać gitary i bas, wszystko. Chciałem, żeby ta piosenka była troszeczkę w stylu Earth, Wind & Fire, troszeczkę w stylu właśnie Quincy Jonesa, a troszeczkę Michaela Jacksona z brzmienia pierwszej płyty "Off the Wall". Oczywiście było to gdzieś podświadome, ponieważ dopiero teraz słyszę, czy w brzmieniu gitary Earth, Wind & Fire, czy troszeczkę Jacksona w basie. Jest to jednocześnie nowoczesny numer, ale z tymi takimi fajnymi wstawkami muzycznymi, zabawnymi. Dużo się dzieje.
Przede wszystkim w teledysku…
Planowałem, żeby nie robić takich sztampowych teledysków, w stylu chłopak z dziewczyną, przecież mamy tego teraz mnóstwo… Stwierdziłem, że jeżeli ma być to odrzucona osoba, która tęskni za swoim partnerem - nie może być to facet, który po prostu pije w barze i tam nagle pojawia się magiczna chmurka pokazująca, że ona jest z kimś innym. Wymyśliłem sobie, że muszą być to zwierzątka i musi być to niepoważne.
Wtedy pomyślałem o moim koledze, który rysował różne zabawne postacie. Z Pawłem Jaworskim znamy się od wielu lat, jeszcze z Torunia. Wypatrzyłem u niego takiego bobra i sprawdziłem, czy bobry płaczą też po angielsku. Okazało się, że bobry po angielsku nie płaczą, ale to nie była żadna przeszkoda, więc wymyśliliśmy różne szalone postacie.
Ukryte symbole w teledysku Sławka Uniatowskiego
Napisałem częściowo scenariusz, razem z Pawłem, z którym zrobiliśmy teledysk do "Drinking About You". Ja wyreżyserowałem klip. Wiedziałem, co tam ma być. Na przykład jest napis Hollywood. W skład tego napisu wchodzi wood, czyli drewno. Wymyśliłem, żeby bobry jadły ten napis. Potem pomyślałem, że ten bóbr będzie zapijał smutki wodą brzozową, wchodząc do lasu, odkręcając kranik w brzozie.
Tym bardziej że brzoza jest u nas już tematem narodowym. Gdzieś tam mamy ukryte symbole, na przykład mamy taką godzinę 21:37, która jest odwrócona na godzinę 37:21, czyli ktoś mógłby pomyśleć o narodzinach Lucyfera. Są też lekkie dziwne wstawki, które poumieszczałem. Nie biorę życia do końca na poważnie. Uważam, że życie trzeba brać z przymrużeniem oka. Inaczej człowiek zwariuje.
Teraz widać w twojej działalności przede wszystkim zabawę, taką naturalną frajdę do tworzenia i niezależnie od tego, czy to jest muzyka, czy to są teledyski, czy album - faktycznie ta radość ciągle jest…
Myślę, że to jest klucz tej rozmowy. Tak, jest radość i wreszcie robię to, co naprawdę czuję, co naprawdę kocham, a przede wszystkim robię to sam. Za wszystko jestem odpowiedzialny. Teraz pracuję nad kolejnym teledyskiem.
Kupiłem prawa do filmu z 1959 roku, produkcji Polski i NRD o locie w kosmos na podstawie książki Stanisława Lema. Pocięliśmy ten film z moją koleżanką, dodaliśmy różne kolory fluorescencyjnie i z tego powstanie kolejny teledysk. Też zupełnie kosmiczny i zupełnie inny. Teraz nie ma takich teledysków. Nie mam zamiaru robić sztampowych rzeczy. Chcę tworzyć coś ciekawego, co przede wszystkim będzie mi się podobało.
Jestem jednak pierwszym recenzentem. Jeżeli ktoś się mnie pyta, czy robię muzykę dla siebie, czy dla słuchaczy, to mówię, że dla słuchaczy, ale ja jestem pierwszym słuchaczem, więc najpierw musi spodobać się mnie. Takie jest moje podejście. Myślę, że ten album, jeżeli dojdzie do tego, że ktoś go w ogóle usłyszy, to bardzo się spodoba, bo jest eklektyczny, jest w nim wiele pięknych melodii i naprawdę będzie potrafił przewieźć ludzi gdzieś dalej, w inny, piękniejszy świat.
Dziękuję za rozmowę.
Dziękuję.
Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na zloteprzeboje.pl!