Na służbie liczy się każda minuta! Strażaczka: "Brak gotowych rozwiązań"
Praca strażaczki to nie tylko walka z żywiołem czy wyjazdy do wypadków. By odnaleźć się na służbie, trzeba być wszechstronnym i wykazać się ogromną determinacją, sprytem oraz siłą – zarówno fizyczną, jak i psychiczną. O kulisach krętej drogi do zostania jedną z nielicznych kobiet w straży pożarnej specjalnie dla czytelników serwisu ZłotePrzeboje.pl opowiedziała Agnieszka Wojciechowska.
Nigdy nie bała się pójść pod prąd. Choć wielu jej tego odradzało, zdecydowała się zostać zawodową strażaczką, a gdy okazało się, że kobiety nie wyjeżdżą do akcji, stwierdziła, że ona będzie pierwszą, która to zrobi. Teraz o swoich doświadczeniach chce opowiedzieć innym. Agnieszka Wojciechowska – bo o niej mowa – właśnie wydała książkę, zatytułowaną „Pali się! Ryzyko, ogień, adrenalina. O byciu strażaczką bez lania wody”. Można już kupić ją w księgarniach w całej Polsce.
Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na ZłotePrzeboje.pl!
Skąd pomysł na to, by poświęcić życie służbie? Z jakimi wyzwaniami zawodowymi musi mierzyć się na swojej drodze? O tych i innych aspektach codziennej pracy Agnieszka Wojciechowska opowiedziała w wywiadzie z dziennikarką serwisu ZłotePrzeboje.pl Oliwią Przybyszewską.
Wywiad z Agnieszką Wojciechowską
Pani książka, poświęcona pracy strażaczki, właśnie trafiła do sprzedaży. Co skłoniło Panią do tego, by podzielić się ze światem swoją historią?
Zaczęło się od tekstów, które pisałam po różnych wydarzeniach i akcjach. Prowadzę media społecznościowe, więc tam je później publikowałam. Odzew był bardzo pozytywny. Kiedyś pojawił się nawet komentarz, że fajnie byłoby to wszystko zebrać w całość i wydać w formie książki. Uznałam, że to rzeczywiście dobry pomysł.
Gdy zaczynała Pani pracę, widok kobiety w straży pożarnej należał do rzadkości. Jak sytuacja wygląda obecnie? Czy strażaczek jest w naszym kraju więcej?
Kobiet w straży jest dziś więcej niż wtedy, kiedy ja zaczynałam służbę, ale jeśli mówimy o zawodowych strażaczkach, to jest to nadal rzadki widok. Trochę inaczej jest w przypadku ochotniczej straży pożarnej. Tam coraz częściej można zauważyć kobiety, biorące udział w akcjach.
Redakcja poleca:Oto niesłusznie zapomniane perły PRL. Dlaczego Polacy wciąż myślą o komunie?
Jak to w takim razie jest być jedną z niewielu kobiet w męskim środowisku? Czy czuje się Pani jakoś wyróżniona lub może wyizolowana?
Nie, bo w zasadzie przez całe swoje życie przebywałam głównie wśród mężczyzn. Już w czasach szkoły, gdy graliśmy na boisku w koszykówkę, to byłam jedyną dziewczyną, ale nie przeszkadzało mi to. Później, w liceum, też kolegowałam się raczej z chłopakami.
Wszystko ze względu na sport, bo dużo czasu spędzaliśmy właśnie na grze w koszykówkę czy piłkę nożną. Nigdy nie było mi jednak trudno odnaleźć się w męskim środowisku. Wiedziałam, czego chcę – na przykład wtedy byłam na boisku po to, żeby wygrać mecz.
Na studiach było podobnie. Było nas w sumie 97, z czego dziewczyn było tylko siedem. Kiedy więc szło się na miasto czy robiło cokolwiek innego, to zawsze w męskim towarzystwie. Dziś, w pracy, zupełnie nie zwracam już na tę kwestię uwagi.
Zastanawiam się nad nią dopiero w takich chwilach jak na przykład ta – kiedy z panią rozmawiam. Na co dzień w zasadzie nie zauważam, że otaczają mnie głównie mężczyźni. To dla mnie coś naturalnego.
"Kraków był zagrożony, musieliśmy zostać na służbie"
Czy bycie strażakiem to dla Pani praca, czy raczej powołanie?
Zawód strażaka to tak naprawdę służba. Jeżeli przydarzy się jakaś sytuacja kryzysowa, tak jak to było na przykład w 2010 roku, to bywa, że zaczynamy pracować w poniedziałek i wracamy do domu dopiero w piątek.
Nikt wtedy nie dyskutował. Kraków był zagrożony, więc musieliśmy zostać na służbie i przez te pięć dni pozostawać w gotowości na ewentualne wezwania – a było ich wtedy dużo.
Taki tryb pracy jest z pewnością dużym obciążeniem – zarówno psychicznym, jak i fizycznym. Co więcej, pisze Pani w książce: Nauczyłam się […], że akcja wcale nie kończy się w momencie odjazdu jednostki z miejsca zdarzenia. Później zaczyna się analiza zarówno samego zdarzenia, jak i przeprowadzonej interwencji. Czy będąc strażakiem da się w takim razie zachować równowagę między życiem prywatnym a zawodowym?
Staram się to robić, jednak te światy się przenikają. Moi znajomi też są strażakami i kiedy zdarza się, że biorę udział w jakiejś bardziej skomplikowanej akcji, która wymaga analizy, jak na przykład wypadek samochodowy, to zawsze wykonuję telefon do Pawła.
To mój przyjaciel, który pracuje w jednostce technicznej i jest też instruktorem ratownictwa. Zawsze omawiam z nim różne sytuacje, które spotykają mnie na służbie i pytam, jak on postąpiłby w danym przypadku albo co zrobiłby inaczej.
Trzeba powiedzieć, że w pracy strażaka nie ma gotowych rozwiązań. Do każdej akcji można podejść inaczej – ilu ludzi, tyle rozwiązań. Często nie ma też jednej najlepszej drogi wyjścia z danej sytuacji. Można więc długo analizować, czy można byłoby coś poprawić albo czy coś dało się zrobić szybciej. Mimo wszystko staram się jednak rozgraniczać życie prywatne i życie zawodowe.
Oto typowy dzień w pracy strażaka
Jak wygląda Pani typowy dzień pracy?
Zaczynamy o 7:30. Najpierw jest zmiana służby, podczas której przejmujemy od osób kończących pracę sprzęt i sprawdzamy, czy wszystko zgadza się pod względem ilości i czy jest na swoim miejscu.
Samochód strażacki ma pełno skrytek, ale kiedy coś ma już przypisane miejsce, to jest tam później przez cały czas, dlatego wiemy, że w trzeciej skrytce po prawej stronie na drugiej półce jest skrzynka, a w tej skrzynce jest śrubokręt.
Po śniadaniu i zbiórce przychodzi czas na ćwiczenia. W zależności od decyzji dowódcy mają one miejsce albo na terenie obiektów zewnętrznych, albo w naszej jednostce. Później jemy obiad i mamy czas na ćwiczenia sportowe.
Na koniec dnia siadamy do kolacji i robimy porządki. To oczywiście ramowy plan dnia – w każdym momencie może się wydarzyć wyjazd na akcję i wtedy wszystko się zmienia. Czasami nie ma nas pół godziny, czasami trzy godziny, a innym razem dwadzieścia trzy godziny. Trudno zatem cokolwiek dokładnie zaplanować.
Redakcja poleca:Córka legendy ujawnia: "Nigdy nie chciałam śpiewać Niemena"
Nie jest Pani pierwszą osobą w Pani rodzinie, która zdecydowała się zostać strażakiem. Wcześniej w zawodzie pracował pani dziadek i tata, służbę pełni także Pani brat. Czy dziś, z perspektywy czasu i z zebranym bagażem doświadczeń, ponownie postanowiłaby Pani pójść tą samą ścieżką kariery?
Myślę, że tak. Zastanawiałabym się ewentualnie, czy nie zostać lekarzem, ale raczej nie zmieniłabym decyzji. Służba to fajny sposób na życie.
A czy Pani bliscy nigdy nie próbowali na Panią wpłynąć? Nie chcieli odciągnąć Pani od służby? To przecież niezwykle trudna i niebezpieczna praca, dlatego z pewnością zdarza się im o Panią martwić.
Oczywiście, że były takie próby – szczególnie, że w momencie kiedy decydowałam się na ten zawód, to w straży nie było jeszcze ani jednej kobiety jeżdżącej do akcji. Ja chyba nie do końca zdawałam sobie wtedy sprawę z niebezpieczeństw. Inaczej do tego podchodziłam.
Wiadomo, że zagrożenie trzeba sobie przekalkulować. Zdarzają się nieszczęśliwe wypadki, ale jeśli zachowujesz wszystkie zasady, troszczysz się o swoje zdrowie i dbasz o samego siebie, to może cię to uratować w wielu sytuacjach.
Jakie cechy powinien posiadać dobry strażak? Co jest niezbędne, by w ogóle myśleć o pracy w tak wymagającym zawodzie?
Na pewno sprawność fizyczna. Poza tym również spryt, bo często okazuje się, że strażak musi być też elektrykiem, hydraulikiem… Spotykają nas w końcu przeróżne sytuacje. Trzeba być także zdeterminowanym, nie można łatwo odpuszczać.
Jeśli zdarzy się wypadek samochodowy i ktoś utknie w aucie, to nie można mu powiedzieć: „Ja nie wiem, jak cię wyciągnąć, nie pomogę”. Po prostu działasz – musisz zacząć i skończyć.
W książce przytacza też Pani wiele historii, które poniekąd dowodzą, że strażak bywa czasem również psychologiem i oprócz niezwykłej siły i dużego samozaparcia musi niejednokrotnie wykazać się zrozumieniem i empatią. Czy strażacy w Polsce są pod tym kątem odpowiednio kształceni?
Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba powiedzieć, że jest kilka dróg, by zostać strażakiem. Na nabór można zgłosić się niejako z ulicy i wtedy przechodzi się podstawowy kurs przygotowujący. Można też pójść do dwuletniej szkoły, po której zostaje się aspirantem i trafia do jednostki.
Trzecia opcja to natomiast akademia pożarnicza i ja zdecydowałam się właśnie na to. Wśród różnych wykładanych tam przedmiotów były też elementy psychologii, dlatego ja ze swojej perspektywy mogę powiedzieć, że dla mnie było to odpowiednie przygotowanie.
"Rąbię i noszę drewno"
Wspomniała Pani, że praca strażaka wymaga doskonałej kondycji. Jaką rolę dziś, już po wielu latach służby, odgrywa w Pani życiu sport? Jakie aktywności podejmuje Pani, by utrzymać formę?
Na chwilę obecną rąbię i noszę drewno, bo jeszcze do niedawna budowaliśmy dom i do przewalania tych wszystkich bali faktycznie przydała się sprawność fizyczna. Siłownia poszła już trochę w odstawkę. Teraz głównie biegam, kiedy mój syn jeździ na rowerze.
Kilkanaście lat temu sport faktycznie dał mi jednak przepustkę do strażackiego świata i często imponowałam wynikami i formą kolegom.
Nie myślała Pani w takim razie o profesjonalnej karierze sportowej?
Myślałam. Chciałam być zawodową piłkarką ręczną. Przez chwilę zastanawiałam się nawet nad tym, żeby nie iść na studia, tylko grać. Po rozmowie z mamą szybko wybiłam to sobie jednak z głowy. Wśród sportowców często zdarzają się kontuzje i wtedy zostaje tak naprawdę na lodzie.
Redakcja poleca:Sebastian Karpiel-Bułecka chciałby zmienić zawód? "To coś, o czym często myślę"
Czy z perspektywy czasu i przepracowanych w zawodzie lat żałuje Pani jakichś zawodowych kroków? Czy jest coś, co zrobiłaby dziś Pani inaczej?
Na pewno znalazłoby się kilka akcji, które przeprowadziłabym inaczej. Nie chodzi o to, że były one zrobione źle, bo nie były, ale wprowadziłabym do nich zmiany. Przez cały czas staram się dokształcać. Dużo informacji czerpię z zagranicy.
Przyglądam się głównie amerykańskim strażakom i sprawdzam, jak oni na co dzień działają i co mogłabym z tego wykorzystać w swojej pracy. Jeśli chodzi natomiast o takie kroki milowe w mojej karierze, to nie nie zmieniłabym w sumie niczego.
Jakich rad udzieliłaby Pani osobie, która dopiero wkracza na swoją zawodową ścieżkę w różnego rodzaju służbach – czy to w straży, policji czy jeszcze innych tego typu zawodach?
Na pewno powiedziałabym, że warto. Jeśli ktoś poważnie zastanawia się nad zawodem, trzeba spróbować. Musimy jednak pamiętać, że to nie jest zwyczajna praca, w której możemy przyjść na spotkanie z szefem i negocjować na przykład warunki finansowe. To jest służba.
Trzeba się pogodzić z tym, że są wyjazdy nocne, że święta spędza się czasami poza domem. Wiadomo, że to wszystko wiąże się z dużym poświęceniem, ale właśnie dzięki temu można też czerpać ze swojej pracy prawdziwą satysfakcję.
Wróćmy jeszcze na moment do Pani książki. Czy było w niej coś, co było dla Pani szczególnie trudne do opisania? A może w czasie jej powstawania przyszły do Pani jakieś nowe refleksje?
Żeby napisać książkę musiałam przeanalizować wiele lat swojej pracy. Zazwyczaj gdy kończę służbę, to staram się od niej odcinać i nie pamiętam nawet wielu akcji, przy których pracowałam. Często zdarza się, że ktoś pyta mnie o taką, która była najbardziej traumatyczna albo najtrudniejsza, a ja ich zwyczajnie nie pamiętam i wtedy wydaje mi się, że moja praca nie jest wcale taka trudna.
Przy pisaniu książki wiele musiałam sobie odświeżyć, żeby później odpowiednio to przedstawić i żeby czytelnik mógł faktycznie poczuć, czym jest ten zawód i jak to wszystko naprawdę wygląda.
Redakcja poleca:Tego oczekujemy od pisarzy? Wojciech Chmielarz: "Powieść to nie reportaż"
Na koniec zapytam jeszcze jakie nadzieje wiąże Pani z książką. Do kogo ją Pani kieruje i co chciałaby Pani, aby czytelnik z niej wyciągnął?
Odbiorcami mojej książki miały być z założenia kobiety między 25 a 40 rokiem życia. Mam jednak nadzieję, że trafi ona do szerszego grona. Moim celem było opowiedzenie swojej historii i przedstawienie różnych akcji, w których przyszło mi brać udział w taki sposób, żeby czytelnik mógł sam wyciągnąć z tego dla siebie jakieś wnioski. Weźmy przykład kobiety, która jechała po dziecko do przedszkola. Spieszyło się jej, miała wypadek.
Pisząc o tym miałam nadzieję, że kiedy następnym razem ktoś z czytających znajdzie się w podobnej sytuacji, to zastanowi się dwa razy i pomyśli: „Kurczę, może ja jednak zwolnię”. Inny przykład – rozmowy przez telefon. Czy ja w tym samochodzie naprawdę muszę teraz do kogoś dzwonić?
Z drugiej strony w książce jest też inny przekaz. Często mamy tak, że martwimy się o wielkie rzeczy – że nie wiem, przyjdzie trzęsienie ziemi, promieniowanie słoneczne albo będzie koniec świata – a nie myślimy o tym, że każdego dnia na naszych ulicach czy w naszej dzielnicy mogą się wydarzyć tragedie. Ludzie często lekceważą na przykład takie zagrożenia jak pożar. Sąsiadowi spalił się dom, ale mnie się to nie przydarzy? No nie, niekoniecznie.
Prawdopodobieństwo może być takie jak to, że dzisiaj koło mojego domu spadnie kometa, ale ono zawsze istnieje. Jeśli zainstalujesz sobie czujkę dymu, to moża ci ona uratować życie, kiedy w nocy będziesz spał. Jeśli masz piecyk gazowy, to też obowiązkowo powienieś zainstalować czujkę. Może się zdarzyć, że będziesz brać prysznic i nie zauważysz, kiedy zaczynasz się robić senny i wtedy do tragedii już tylko krok.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na ZłotePrzeboje.pl!