To rockowy poeta, który zmienił Nowy Jork. "Zostali przelotnymi kochankami"
Lou Reed nie bez powodu przeszedł do historii nie tylko amerykańskiej, ale – światowej muzyki rockowej. Nikt tak jak on nie łączył duszy poety z charyzmą rasowego rockmana. Dzięki swojej twórczości, wyobraźni i pracowitości odmienił także... Nowy Jork!
Oto fragment książki „Lou Reed. Król Nowego Jorku” Willa Hermesa, w której ukazano m.in. szczegóły niezwykłej relacji Reeda z Andym Warholem. Pozycja ukazała się nakładem wydawnictwa W.A.B., a autorem tłumaczenia na j. polski jest Andrzej Wojtasik.
Rozwiąż quiz muzyczny. Jesteś mistrzem, jeśli zgarniesz 100 proc. punktów! Dalszą część artykułu znajdziesz pod quizem...
Quiz: Muzyka w czasach PRL. Rozpoznasz artystę po fragmencie utworu?
Fragment książki "Lou Reed. Król Nowego Jorku"
W tym samym roku Reed wdał się w jeszcze jeden romans – zapewne najbardziej znaczący w jego życiu, choć (co zgodnie potwierdzają wszystkie relacje) platoniczny – ze starszym od niego o trzynaście lat Warholem. Bardzo się od siebie różnili, lecz mieli też wiele wspólnego. Warhol dorastał podczas II wojny światowej, w rodzinie należącej do klasy robotniczej, i otrzymał katolickie** wychowanie; młodość Reeda przypadła na lata powojenne i spędził ją w żydowskim, lecz zasadniczo świeckim domu klasy średniej.
Warhol był zniewieściałym mężczyzną, który niewiele robił, by ukryć swój homoseksualizm. Reed był bardziej typem butch, jego seksualność była płynna i uchodził raczej za heteryka. Warhol jako metodę samoobrony wybrał dystans i bierność, Reed nie wahał się używać swojego ostrego jak brzytwa języka. Warhol tworzył sztukę opartą na idei, pozbawioną emocji, wręcz oziębłą, w sztuce Reeda zaś nie brakło żarliwych uczuć, w dużej mierze wyrastała ona z jego trzewi, niekiedy okazywał w niej własną wrażliwość i delikatność. Jednak nie brakło cech wspólnych. Przodkami obu mężczyzn byli pracowici imigranci z Europy Wschodniej. Obu wychowywały troskliwe matki, z ojcami zaś obaj mieli (w najlepszym razie) trudne relacje.
Obaj w młodości przechodzili kryzysy zdrowotne, zmagali się z depresją i dysleksją. Obaj zainteresowali się nowoczesnymi technologiami tworzenia sztuki i obaj odnaleźli w nich ratunek: w przypadku Reeda była to gitara elektryczna, w przypadku Warhola – długopisy i prosty aparat fotograficzny typu brownie za dolara i dwadzieścia pięć centów. Obaj wykazywali się kreatywnością i ambicją już w college’u, choć żaden z nich nie był idealnym uczniem. Obaj publikowali w studenckich czasopismach literackich, które sami redagowali (co ciekawe, pierwszą opublikowaną pracą Warhola był rysunek przedstawiający muzyków).
Redakcja poleca:Tego oczekujemy od pisarzy? Wojciech Chmielarz: "Powieść to nie reportaż"
Obaj mieli też upodobanie do młodzieńczych prowokacji (Andy swoje pierwsze „kulturalne zamieszanie” wywołał serią zatytułowaną Nosepicker*, opracowaną podczas studiów w Pittsburghu). Obaj byli zorientowani na dążenie do ideałów wysokiej sztuki w popowym świecie, rekompensowali swoje ograniczone umiejętności techniczne wyrazistymi pomysłami i bawili się prymitywnymi, pseudonaiwnymi stylami.
Podobne do siebie były ich publiczne persony. Żaden z nich nie stronił od narkotyków, w tym od marihuany, częściej jednak sięgali po alkohol i spid, regularnie, czasem w nadmiarze. Obaj zdołali uniknąć poboru do wojska. Obaj sympatyzowali z progresywnymi ideami, choć ich prace rzadko kiedy były otwarcie polityczne. Czy to malując obrazy, czy opowiadając historie poprzez piosenki, obaj kultywowali dziennikarskie podejście do sztuki. Obaj bywali obiektem ataków krytyków. Obu lekceważyły instytucje. Obaj wreszcie tworzyli sztukę o tematyce queerowej w czasach, gdy według powszechnej opinii było to nie do przyjęcia – a nawet nielegalne. Podobnie jak miliony innych, obaj dokonali estetycznego i seksualnego coming outu w Nowym Jorku.
Pokochałem go od pierwszego wejrzenia – wyznał Reed, zachwycając się niespodziewanym i szczęśliwym w skutkach zrządzeniem losu, które doprowadziło do ich spotkania. – Był ambitny i miał wizję do zrealizowania. A ja pasowałem do niej jak ulał.
Dynamikę łączącej ich relacji można poczuć w czterech Screen Tests, jakim poddał się Reed na prośbę Warhola. W jednym z nich (ST262) Andy umieścił twarz Lou w półmroku, cienie podkreślają krzywiznę jego ust, które Lou wielokrotnie przykłada do butelki, pijąc z niej colę, oczy skrywa za dużymi okularami przeciwsłonecznymi, a całość sprawia wrażenie zdystansowanego, lecz pikantnego gejowskiego flirtu. Jeśli to sam Reed podjął decyzję, by jako rekwizytu użyć butelki, to poza oczywistą aluzją do fellatio jest tu nawiązanie do Warholowskiej serii grafik z 1962 roku przedstawiających butelki coli, a być może również do poezji Franka O’Hary, zmarłego w lipcu tego roku wybitnego przedstawiciela szkoły nowojorskiej (jego wiersz Pić z tobą colę* jest przebiegłym arcydziełem queerowego pożądania ubranego w metafory świata sztuki). Przede wszystkim jednak Screen Test pokazywał, że młody muzyk dobrze rozumie, jak zaprezentować siebie jako towar.
Być może częściowo ze względu na łączące ich podobieństwa i potencjalnie destabilizującą intensywność wzajemnego przyciągania związek Reeda i Warhola od samego początku cechował się napięciem. „Lou był bardzo podejrzliwy wobec Andy’ego, choć z drugiej strony był nim zachwycony – pisze Cale, dodając lekceważąco: – Andy jarał się Lou, ponieważ był on istotą z innej części nowojorskiego życia, której nie miał wcześniej w The Factory, modelowym gnojkiem z Long Island”. Według Billy’ego Name’a Reed „był jako osobista Myszka Miki Andy’ego”**. Być może w obu tych opisach da się wyczuć nutkę zazdrości. Warhol z pewnością rozpoznał w Reedzie pokrewną duszę: queerową, a przynajmniej bardzo dobrze czującą się w otoczeniu queerowości, a zarazem człowieka, którego intensywnie napędzała własna bezkompromisowa wizja. Polubił go ze względu na jego inteligencję, poczucie humoru i „młodzieńczy” wygląd. Z kolei Reed znalazł w Warholu nowego mentora.
Oczywiście były to lata sześćdziesiąte, trwała rewolucja seksualna, a The Factory była strefą autonomiczną. Bywał tam Danny Fields – urodzony w Queens dziennikarz, który stawiał właśnie pierwsze kroki w branży muzycznej i sam czuł miętę do Reeda („Uważałem go za najseksowniejszego gościa pod słońcem. (…) Boże mój, jak ja się wtedy wkręciłem emocjonalnie”*). Zapewne to właśnie on najtrafniej opisał panujące tam stosunki, gdy wspominał: „Każdy zakochiwał się w każdym. Wszyscy byliśmy dzieciakami, to było jak w liceum. (…) nikt tego, kurwa, nie rejestrował, bo i po co?”**.
* * *
Reed wiele nauczył się od Warhola. Poznał metodę wykręcania się od odpowiedzi na pytania dziennikarzy i dowiedział się, jak wzmacniać odporność na krytykę. Jednak największym odkryciem Lou była Warholowska etyka pracy, którą wdrożył w swoje życie. „Jedną z rzeczy, których możesz się nauczyć, będąc w The Factory, jest to, że jeśli chcesz coś robić (czymkolwiek się zajmujesz), to powinieneś bardzo, bardzo ciężko pracować – stwierdził kiedyś Reed. – Oto cały sekret. Praca jest dosłownie wszystkim”. Warhol służył również jako wzór dla ewoluującej tożsamości seksualnej Reeda w momencie, gdy jego doświadczenia z mężczyznami lub osobami, których płeć odczuwana jest niezgodna z przypisaną, wydawały się ograniczone.
The Factory była bezpieczną przestrzenią w czasach, gdy nadal można było trafić do aresztu za nocną wizytę w gejowskim barze, nie mówiąc już o byciu otwarcie queerowym za dnia. Dla Reeda doświadczenie to musiało łączyć ekscytację i ogromną ulgę. Podobnie jak inni bywalcy The Factory, mógł tworzyć samego siebie tak, jak tworzył sztukę – niemal bez granic. Warhol zrobił to wcześniej: byłwzorem odnoszącego sukcesy geja, który w czasach poprzedzających zamieszki pod Stonewall Inn, gdy wiele osób nieheteronormatywnych ukrywało swoją tożsamość, pokazał, jak prowadzić bajeczne życie mniej lub bardziej „poza szafą”, przeobrażając się z ubranego w garnitur komercyjnego artysty w niejednoznacznego seksualnie celebrytę w skórzanej kurtce i ekstrawaganckiej peruce. „Czujnie się temu przyglądałem”, opowiadał Reed.
Cale czuł się niezręcznie wśród „dużego środowiska gejowskiego” w The Factory, a Reed – być może defensywnie – na tym dyskomforcie żerował. „Lou twierdził, że przeleciał mojego poprzedniego współlokatora, Davida Del Trediciego – który, jak ja, siedział w muzyce klasycznej – a później nawet był »żoną« La Monte Younga i cały czas nie mógł zrozumieć, czemu ja nie zaliczyłem ich obu!”, wspominał Cale. Przy innej okazji mówił: „Lou był w tamtych czasach bardzo zarozumiały i pedziowaty. Nazywaliśmy go Lulu, a ja byłem Black Jack. Lou chciał być wredną ździrą i strzelał najbardziej zjadliwymi uwagami do każdego, kto się nawinął. Lou zawsze trzymał się sfory, a The Factory była pełna gwiazd, do których można się przykleić”*. Podejście Cale’a prawdopodobnie podszyte było zazdrością. „Wszyscy byli zakochani w Lou – powiedział Fields. – Ja, Edie, Andy, po prostu wszyscy”.
Billy Name z pewnością go lubił. Wychował się – jako Billy Linich – w Poughkeepsie, gdzie zapamiętał z dzieciństwa widok pomalowanego na srebrno mostu Mid-Hudson. Przybył do Nowego Jorku, by szkolić się na projektanta oświetlenia. Nawiązał również współpracę z La Monte Youngiem i The Judson Dance Theater. Warhola poznał, pracując jako kelner w Serendipity 3, eleganckiej kawiarni przy East 60th Street 225, w dużej mierze z queerowym personelem. Po obejrzeniu pomalowanego na srebrno mieszkania Linicha w East Village Warhol poprosił go o uzyskanie podobnego efektu w swojej nowej przestrzeni przy 47th Street. I tak narodziła się The Silver Factory – „srebrna fabryka” – pokryta srebrną farbą i folią aluminiową od podłogi po sufit.
Warhol i Linich zostali przelotnymi kochankami, potem zaś już tylko bliskimi współpracownikami. Linich zrezygnował z mieszkania i przeniósł się do The Factory, gdzie pełnił funkcję zaufanego dozorcy, opiekuna, maskotki, asystenta i fotografa dokumentalisty, robiącego zdjęcia lustrzanką marki Pentax, którą podarował mu Warhol. Półoficjalny tytuł Linicha brzmiał: „brygadzista fabryki”. W ramach żartu zmienił swoje nazwisko na Name – i tak już zostało.
Między Name’em a Reedem natychmiast coś się zadziało. „Pamiętam, że kiedy rozmawialiśmy po raz pierwszy, miałem wrażenie, jakbyśmy prowadzili tę rozmowę od zawsze” – wspomina Linich w swoim mieszkaniu w Poughkeepsie, z widokiem na srebrny most Mid-Hudson z kuchennego okna.
Byliśmy jak dwóch chłopaków z tej samej dzielnicy. On był z Long Island, ja – z Hudson Valley. Obaj trafiliśmy do metropolitalnego obszaru Nowego Jorku, ale poza siecią układów. Mieliśmy taki sam temperament. Takie samo brzmienie głosu. Prezentowaliśmy ten sam typ faceta. Natychmiast się do siebie dostroiliśmy. Spojrzeliśmy na siebie i powiedzieliśmy: „Aha…”. Byliśmy całkowicie zestrojeni.
Stali się przyjaciółmi, a czasami, po długiej nocy na mieście, umawiali się na seks. „Po prostu: bawiliśmy się – mówi Name, uśmiechając się zza swojej długiej brody motocyklisty. – Był otwarty. Biseksualny, jak sądzę”. Reed i Warhol byli „wyłącznie towarzyszami”, jak uważa Name, kochankami zaś – nigdy.
Obu interesował biznes – dodaje. – I postęp. Postęp, postęp, postęp. Ekspansja, ekspansja, ekspansja.
Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na ZlotePrzeboje.pl!