Włącz radio

Byłam na System of a Down w Sztokholmie. Tego błędu już nie powtórzę

6 min. czytania
01.07.2026 13:49
Zareaguj Reakcja

Poranny wylot z Gdańska do Sztokholmu okazał się początkiem koncertowego doświadczenia, które wywróciło moje dotychczasowe wyobrażenia o organizacji wydarzeń muzycznych do góry nogami. Zamiast chaosu, kolejek i kompromisów - precyzja, komfort i dźwięk na poziomie, o jakim w Polsce wciąż można tylko marzyć. Tak wyglądał pierwszy od 10 lat europejski koncert System of a Down.

Na zdjęciu z koncertu widać występujących muzyków oraz tłum fanów. W tle duży ekran.
fot. Radio Złote Przeboje/Martyna Kasprzycka-Pietrzak
  • Decyzja o wyjeździe na SOAD nie była fanaberią, lecz świadomym wyborem jakości - zarówno pod względem akustyki, jak i całego koncertowego doświadczenia.
  • Sztokholmska arena pokazała, że sprawna logistyka, intuicyjna infrastruktura i przemyślana przestrzeń potrafią całkowicie odmienić odbiór wydarzenia.
  • Mimo technicznej perfekcji zabrakło jednego elementu, który w Polsce pozostaje nie do podrobienia - autentycznej energii i zaangażowania publiczności.

W poniedziałkowy poranek (choć godzinę 3:30 trudno w sumie nazwać porankiem) spakowałam plecak i pognałam na lotnisko w Gdańsku. Kierunek - Sztokholm. Tam za kilkanaście godzin miała rozpocząć się pierwsza po prawie 10 latach przerwy europejska trasa System of a Down.

Rozwiąż quiz. Jesteś mistrzem, jeśli zgarniesz 100 proc. punktów! Dalszą część artykułu znajdziesz pod quizem...

Quiz: Quiz. Jak dobrze znasz SOAD? Bez 20/20 nie waż się iść na koncert

1/20 Która z piosenek przyniosła System of a Down pierwszą nominację do Grammy?

Tak, ja wiem, że SOAD to nie jest "złotoprzebojowy" zespół. Dlatego nie będę pisać o tym koncercie od strony repertuaru. Pogadajmy o samym doświadczeniu i organizacji. A jest o czym rozmawiać...

System of a Down w Stockholm Strawberry Arena

Zacznę może od tego, dlaczego w ogóle postanowiłam pojechać do Sztokholmu, skoro lada dzień (18 i 19 lipca 2026) System of a Down zagra dwa koncerty w Warszawie. Jestem dziennikarką stacji muzycznych, trochę się na tym znam i coś tam nawet słyszę, a, umówmy się, każdy, kto choć odrobinę interesuje się muzyką na żywo, wie, że na PGE Narodowy jedzie się ewentualnie oglądać, ale zdecydowanie nie słuchać.

Fatalna akustyka, pogłos nie do zniesienia i wielkie muzyczne rozczarowanie - to najczęściej pojawiające się określenia w kontekście koncertów na tym obiekcie. Największe światowe gwiazdy bez grama przesady określają go jako absolutnie najgorszy, na jakim przyszło im pracować. Akustycy płaczą, szefowie nagłośnienia łapią się za głowy... A ja naprawdę długo czekałam na powrót SOAD. Właśnie dlatego stwierdziłam, że ryzyko jest zbyt duże.

Wybór dość szybko padł na Sztokholm. Mieszkam w Gdańsku, a bilet na bezpośredni samolot kosztował 69 złotych, czyli w zasadzie mniej niż najtańszy pociąg stąd do Warszawy. Do tego wylot w poniedziałek o 5:45, a powrót we wtorek o 7:45 - idealnie, żeby trochę pozwiedzać, zjeść coś dobrego, pójść na koncert, a później chwilę się przespać i wrócić. Transport zatem bez problemu ogarnięty. Ale co z biletami na koncert?

Redakcja poleca

Bilety za granicą tańsze niż w Polsce?

Nie jest tajemnicą, że koncerty w naszym kraju już dawno przestały być przystępną rozrywką. Bilety na System of a Down w Warszawie to koszt 589 zł na płytę, od 306 do 748 zł na trybuny, a wejściówki platinium to nawet 1604 zł. "Najgorsze" miejsca dla dwóch osób to zatem już koszt ponad 600 złotych (nie mówiąc o ewentualnym dojeździe, noclegu czy posiłkach i napojach na miejscu). Robi się z tego spory wydatek.

Za te pieniądze dostajemy bardzo przeciętną organizację, długie oczekiwanie przed bramkami, problemy ze skanowaniem biletów, wspomnianą już kiepską jakość dźwięku i kilka innych rzeczy, do których można się przyczepić, a które skutecznie wpływają na to, że doświadczenie jest dalekie od wymarzonego.

Dlatego więc przyjrzyjmy się cenom biletów w Sztokholmie, bo niektórych mogą zaskoczyć: płyta 425 zł, trybuny od 251 do 644 zł, Golden Circle, szybsze wejście i dodatkowe atrakcje - 1276 złotych. No co tu dużo mówić. Taniej. Dla niektórych nieznacznie, dla innych różnica jest spora. I być może to z mojej strony już uszczypliwość, ale biorąc pod uwagę, że w Polsce średnie wynagrodzenie wynosi "na rękę" 6 600 zł, a w Szwecji około 28 000 - 32 000 SEK (10 833 - 12 380 zł), to ceny w naszym kraju wydają się z kosmosu.

Najlepsze koncertowe doświadczenie w moim życiu

Tłumy mnie trochę przerażają, lubię móc odetchnąć świeżym powietrzem i usiąść, gdy jestem zmęczona - dlatego kupiłam miejscówkę za 628 złotych. I siedziałam w jednym z najbardziej komfortowych miejsc dolnych trybun - z idealnym widokiem, zaraz przy schodach, z ekspresowym wyjściem na korytarz, baru czy toalety. Dla mnie najlepszy możliwy wybór. Ale od początku...

Otwarcie bramek zaplanowano na 17:00. Ja przed areną byłam dokładnie o 17:45 - żeby swoje odstać w kolejce i być może nie zdążyć na pierwszy support, zaplanowany na 18:30, ale też nie zostać zmiażdżoną przez dzikie tłumy, jak to zwykle miewa miejsce w Polsce. Jakież było moje zdziwienie, gdy podeszłam do bramki, przyłożyłam telefon do czytnika i weszłam do obiektu "z marszu". Bez czekania. Bez dezorientacji. O 18:05 siedziałam już na swoim miejscu. Z napojem w ręku!

Bilet po zakupie musiałam dodać do Portfela Google - żadnego kodu QR, żadnego kodu kreskowego, żadnego zmniejszania kontrastu, zwiększania jasności telefonu, przybliżania, oddalania, screenowania... Tylko przykładasz telefon z włączonym NFC i wchodzisz.

Sama konstrukcja areny, jej umiejscowienie, oznakowanie to coś absolutnie genialnego. Strawberry Arena "przyczepiona" jest do największego centrum handlowego w Szwecji - Mall of Scandinavia - otoczonego licznymi barami, pubami, restauracjami i kawiarniami. Znajdują się w nim 224 sklepy i liczne food halle, a także największe kino w Skandynawii na powierzchni 100 000 m2.

W związku z czym ludzie naturalnie się "rozproszyli" i odpoczywali przed koncertem w wybrany przez siebie sposób, zamiast koczować w kolejce kilka godzin na kompletnym odludziu - jak to ma miejsce na przykład w Gdańsku przy Polsat Plus Arenie czy Ergo na granicy z Sopotem.

Redakcja poleca

Kolejka? Nigdy. Setki rąk na pokładzie

Nie mogłam wyjść z podziwu, jak skuteczni są Szwedzi w "rozładowywaniu korków" wszelakich. Tylko na dolnych trybunach można było znaleźć przynajmniej 4 sklepiki z merchem, 6 dużych barów z jedzeniem, mnóstwo mniejszych barów z różnymi napojami i drobnymi przekąskami, a dodatkowo przy prawie każdym sektorze stoiska z wodą i zatyczkami do uszu.

Tu znów miejsce na drobną uszczypliwość. Nie wiem, ile będą kosztowały pamiątkowe kubki, napoje czy przekąski na PGE Narodowym podczas zbliżającego się koncertu, ale w Sztokholmie za kubek zapłaciłam 17 złotych, za Colę Zero 19 złotych, a za 0,4l lagera 34 złote. Zupełnie bez szyderstwa, ostatnio na meczu trzecioligowego Wybrzeża Gdańsk na obskurnym stadionie z lat 90. dałam za Colę 20 złotych, więc przewiduję, że koncertowe ceny będą dużo wyższe.

W korytarzu za sceną - ogromny bar ze stolikami, krzesełkami i dodatkową ochroną, w którym sprzedawano tylko wyższe procenty (których nie można było wynosić poza tę określoną strefę). Nawet toalety mają bardzo przemyślane - wejście z lewej, kabiny, umywalki, wyjście z prawej. Zero kolejek, przepychania się, omijania w drzwiach, koczowania na korytarzu. Pełen komfort.

No i najważniejsze. Dźwięk. Marzenie! Gdziekolwiek bym nie stanęła, a w pewnym momencie przespacerowałam się od lewa do prawa, po chyba każdej trybunie, jakość była wręcz studyjna. Żadnego echa, pogłosu, słowa wyraźne tak, jak gdyby Serj Tankian stał pół metra ode mnie. Słychać było wyraźnie wszystkie niuanse, solówki, momentami nawet migawkę aparatu fotograficznego. Nigdy w życiu, a niejeden koncert już obskoczyłam, nie doświadczyłam na koncercie TAKIEJ jakości dźwięku. 

Najlepsi fani, najgorsze obiekty

Muszę to powiedzieć wprost - mamy w Polsce chyba najgorsze koncerty, ale za to w najwyższej cenie. Organizacja leży, obiór muzyki leży, adekwatność jakości do ceny leży. A jesteśmy najlepszą publicznością w Europie. Nikt nie bawi się tak fantastycznie, jak my. Nikt nie daje zespołom takiej energii i nikt nie bierze tego tak "na poważnie".

Choć w Szwecji od technicznej strony wszystko było niemal idealne, zabrakło mi tej naszej "koncertowej kultury". Zabrzmię teraz bardzo źle i mam tego świadomość, ale "rozpieszczony Zachód" idzie na koncert, bo może. Nie ma nic innego do roboty, a taki bilet nie nadszarpnie mu domowego budżetu. Przez to też nie szanuje innych fanów, zespołu, a zamiast się bawić, stoi jak pień i przegląda Instagrama.

My idziemy, bo na to czekamy, odkładamy pieniądze, kalkulujemy i wkładamy w to wiele wysiłku - dlatego te wydarzenia mają dla nas zupełnie inną rangę i atmosferę. Każdy bawi się fantastycznie oraz traktuje ludzi dookoła jak jedną, wielką muzyczną rodzinę. Dlatego zasługujemy na koncerty zorganizowane tak, jak w innych krajach. Naprawdę nam się to należy.

Ale dopóki to nie nadejdzie, nie popełnię więcej tego błędu. Nie pójdę na koncert na Narodowym czy innym dużym polskim stadionie. Może gdy nagle największe imprezy przestaną się wyprzedawać w ciągu 10 minut, organizatorzy wreszcie zaczną nas brać na poważnie.

Źródło: ZlotePrzeboje.pl