Za Pokemony sprzedaliby duszę. To dlatego łączą pokolenia
Pokemony to popkulturowy fenomen. Urocze stworki rozkochały w sobie cały świat. Gry wideo, anime, manga, kolekcjonerskie karty i cała masa różnych gadżetów. Jesteśmy zalewani tym ze wszystkich stron. Mimo to nie mamy dość. Dlaczego? Zacząłem się nad tym zastanawiać i wydaje mi się, że znalazłem odpowiedź.
- Pokemony podbiły serca ludzi na całym świecie.
- Ich popularność nie słabnie od kilku dekad.
- Przyjrzałem się temu międzypokoleniowemu fenomenowi.
Będąc jeszcze dzieckiem, z wypiekami na twarzy oglądałem serial “Pokemon” w telewizji. Przygody Asha Ketchuma i jego Pikachu potrafiły pobudzić wyobraźnię do granic. Aż samemu chciało się kiedyś zostać trenerem pokemonów, walczyć z innymi i “złapać je wszystkie”. To nie tylko moje wspomnienie. Mam wrażenie, że całe pokolenie 25-30 latków ma podobne doświadczenia. Kieszonkowe stworki zdobyły jednak serca również młodszych i czasem starszych osób. Są fenomenem ogromnej skali.
Ostatnio znów zakochałem się w pokemonach. Wszystko za sprawą kolekcjonerskiej gry karcianej, w którą niewiele osób tak naprawdę gra. Większość skupia się wyłącznie na zbieraniu kart i wkładaniu co rzadszych egzemplarzy do albumu. Kupujemy tzw. booster, czyli opakowanie dziesięciu losowych kart, otwieramy, krzyczymy głośno, gdy trafi się bardziej niepospolita i czujemy się jak w dzieciństwie. Niby błahostka. Niby nic specjalnego. To tylko kolorowe kartoniki. Mimo to ekscytują się tym ludzie na całym świecie.
“Złap je wszystkie”, czyli pokemonowe zbieractwo
Zacząłem się zastanawiać, dlaczego odpakowywanie kolejnych paczek z kartami sprawia mi taką przyjemność. Pierwsza myśl – nostalgia. Jak wspominałem, oglądałem w dzieciństwie anime. Ale nie tylko. Pokemony to bowiem w pierwszej kolejności gry wideo. W 1996 roku firma Nintendo wydała stworzone przez Game Freak “Pokemon Red” i “Pokemon Green”. W oba tytuły można było zagrać na konsoli GameBoy.
Były to gry z gatunku RPG, czyli fabularne, polegające na walkach tytułowych stworków i starciach z coraz silniejszymi przeciwnikami. Celem – w skrócie – było zdobycie ośmiu odznak i zostanie mistrzem. Obok mieliśmy jednak jeszcze jedno zadanie – skompletowanie PokeDexu, czyli swoistej encyklopedii czy atlasu, który katalogował stworki.
Obie ze wspomnianych gier nie różniły się znacząco między sobą. Ścieżka fabularna czy cel były identyczne. Każda z nich posiadała jednak niewielką pulę ekskluzywnych pokemonów. Dlatego, żeby zebrać wszystkie, trzeba było się nimi wymieniać z posiadaczami innej niż nasza kopii gry. Zachęcało to do pewnej socjalizacji oraz włożenia nieco wysiłku.
To jest moim zdaniem pierwsza siła pokemonów. Pomijając oczywiście to, że są to zwierzaki, tylko dużo fajniejsze, bo mogą wystrzelić piorunem albo ziać ogniem. Konieczność wymieniania się, by zdobyć wszystkie, pojawia się z resztą w każdej grze spod szyldu pokemonów. I nie mówię tu tylko o głównej serii wspomnianych RPG, ale również o najróżniejszych gadżetach kolekcjonerskich.
Brzęk metalu uderzanego o podłogę, czyli metal tazo
Swego czasu popularne było dorzucanie do paczek chipsów czy chrupek różnych gadżetów. Naklejki, tatuaże, karty. W Polsce szczególną popularnością cieszyły się jednak tzw. tazo. Były to plastikowe krążki z obrazkami, w tym oczywiście pokemonów. Z czasem pojawiły się one też w formie metalowej. W tym przypadku również wchodził temat “zbieractwa” i wymieniania się powtórkami, by zebrać wszystkie. Pojawiała się jednak także rywalizacja.
W tazosy się bowiem grało. Każdy z graczy wykładał najczęściej po jednym krążku. Kładło się jeden na drugim, a następnie uderzało o podłogę. Te, które odwróciły się na drugą stronę – były nasze. Pozostałe przechodziły do kolejnej rundy. Podejrzewam, że nauczycielom brzęk metalu uderzanego o podłogę śnił się po nocach.
Wiele osób wspomina z sentymentem godziny spędzone na graniu w tazosy. Przez to, że były na nich pokemony powoduje, że automatycznie kojarzymy stworki z czymś przyjemnym, beztroskim. W innych krajach podobną funkcję pełniły zapewne wspomniane wcześniej karty. Stąd też nie powinno dziwić, że kilka lat temu dosłownie wszyscy zaczęli łapać pokemony. Mówię oczywiście o grze mobilnej “Pokemon GO”.
Łapanie pokemonów w prawdziwym życiu, czyli spełnienie marzeń
Lipiec 2016 roku był dla wielu osób powrotem do świata pokemonów. “Pokemon GO” okazało się olbrzymim sukcesem, stając się wówczas najchętniej graną grą mobilną na świecie. Każdy chodził po mieście z telefonem i łapał pokemony. To było spełnienie marzeń, nie tylko dzieciaków, ale też starszych pokoleń. W końcu mogliśmy bowiem przekonać się, jak by to było, gdyby Pikachu, Charmander czy Bulbasaur pojawiły się w naszym świecie.
Dwa lata później do gry wprowadzono też możliwość wymieniania się stworkami. Całe pokemonowe doświadczenie było dostępne dla niemal każdego posiadacza smartfona z dostępem do internetu. To, że “Pokemon GO” było darmowe, tylko przyczyniło się do jego sukcesu. Prawie wszyscy mogli bowiem włączyć się do zabawy.
Ja również byłem jedną z tych osób. W tamtym momencie odrodziła się we mnie nieco zakurzona miłość do pokemonów. Z czasem “Pokemon GO” nieco mi się znudziło, bo zawsze wolałem bardziej tradycyjne gry z serii. Mobilna odsłona wciąż pozostaje szalenie popularna, choć największy szał na nią raczej już minął.
W kolejce z dziećmi, czyli doświadczenie międzypokoleniowe
Fenomen pokemonów jest szeroki. Tak szeroki, jak cała franczyza. Chciałbym krótko podsumować i prosto wyjaśnić, dlaczego te kieszonkowe stworki przyciągają tak wiele osób. Wydaje mi się jednak, że w kilku słowach nie da się tego zrobić. Świat pokemonów jest bogaty, do złapania jest ich ponad 150, co najmniej 200. Natomiast sama marka rozwijana jest od dobrych kilku dekad.
Najlepiej siłę pokemonów pokazuje to, że są doświadczeniem międzypokoleniowym. Kiedy idę do sklepu i przeglądam opakowania z kartami na półce, obok mnie stoi 10-latek. Towarzyszy mu jego 40-letni ojciec. Obaj są podekscytowani, obaj kolekcjonują karty. Zapewne obaj z wypiekami na twarzy oglądają kolejne odcinki serialu. Prawdopodobnie grają w gry i mają piżamy w Pikachu. Istnieje możliwość, że ja też mam, ale pozostawmy tę kwestię niedopowiedzianą.
Pokemony przyciągały, przyciągają i będą przyciągać masy. Jestem przekonany, że znów pojawi się coś na miarę wspomnianego “Pokemon GO”, co wywoła ogólnoświatowy szał. Nie zmienią tego kazania o ich diabelskości. Choć z pewnością niejeden fan sprzedałby duszę diabłu, żeby dorwać rzadką kartę, która kosztuje tysiące dolarów i nie ma jej nikt inny.
Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na ZlotePrzeboje.pl!