Taki naprawdę był Freddie Mercury. Ujawniamy dziwactwa, kaprysy i miłostki
Freddie Mercury kochał bez granic, a równie mocno kochały go miliony. Uwielbiał koty, nie znosił pospolitości i rozkoszował się wszystkim, co niecodzienne. Jeśli gonił za marzeniami, to tylko wytrwale i od razu do celu. Z okazji 78. rocznicy urodzin legendy Queen, postaramy się znaleźć odpowiedź na pytanie: jaki naprawdę był "Król Rocka"?
Freddie Mercury zapisał się złotymi zgłoskami w historii popkultury. Pełną nonszalancją, nietuzinkowymi upodobaniami muzycznymi, a w końcu — wyjątkową charyzmą sceniczną rozkochał w sobie miliony słuchaczy na całym świecie. Przyszedł na świat jeszcze jako Farrokh Bulsara, 5 września 1946 roku na Zanzibarze. Dziś, gdyby nie tragiczne wydarzenia z wczesnych lat 90. XX wieku, świętowałby 78 urodziny. W czym tkwi sekret nieprzemijającej legendy lidera Queen? Co Mercury kochał bardziej od muzyki? I czy rzeczywiście był ekstrawertykiem? O powyższe (i nie tylko!) kwestie zapytałam muzycznych ekspertów z anteny Radia Złote Przeboje.
Debiut Freddiego Mercury'ego. Od samego początku mierzył wysoko
Zanim Freddie Mercury (wtedy Farrokh Bulsara) wstąpił w szeregi Queen, przez kilka miesięcy koncertował z Mikiem Bersinem, Mickiem Smithem, a także Johnym „Tupp” Taylorem. Wraz z wymienionymi muzykami, pod koniec 1969 roku w Liverpoolu, debiutujący piosenkarz powołał do życia kapelę Ibex. Nadmieńmy, że Mercury na przestrzeni ponad dwudziestoletniej kariery romansował z najróżniejszymi gatunkami muzycznymi, jednak nie bez powodu został okrzyknięty przez fanów i międzynarodowych krytyków "Królem Rocka". Z nie mniejszym zaskoczeniem wiązał się fakt, że repertuar Ibex zaliczał się... do odmiany progresywnego bluesa.
Otóż muzycy z Ibex inspirowali się twórczością Cream, Led Zeppelin oraz Jimiego Hendrixa. Wśród artystycznym mentorów nie mogło zabraknąć również brytyjskich prekursorów mocnego brzmienia — Beatlesów. Szczególnie ostatnia z przywołanych grup wywarła na członków Ibex nie lada wpływ. W październiku formacja przemianowała się na Wreckage i jeszcze tego samego miesiąca nagrała demo, zatytułowane "Green". Wówczas powstał także cover utworu „Rain” autorstwa słynnej czwórki z Liverpoolu. Chociaż zespół zagrał kilka widowiskowych koncertów, dla przyszłego lidera Queen drobne sukcesy okazały się niewystarczające. A jak wiemy, Freddie Mercury od zawsze mierzył wysoko.
Poniżej wysłuchacie utworu "Rain" w wykonaniu Freddiego Mercury'ego:
Zobacz także: Izabela Trojanowska szczera do bólu. „Wszystko mija” [WYWIAD]
Już w następnym roku, wraz z początkiem lat 70. XX wieku, Freddie połączył siły z legendarnym wirtuozem gitary Brianem Mayem oraz perkusistą Rogerem Taylorem, aby przejąć rolę wokalisty Smile. Wkrótce do rockmanów dołączył basista John Deacon. Formacja już od pierwszych prób liczyła na nieprzeciętny triumf. "Cała grupa celowała w pierwsze miejsce. Nie zadowolimy się niczym gorszym. Do tego dążymy. To musi tam być. Zdecydowanie wiem, że mamy to w muzyce, jesteśmy wystarczająco oryginalni... i teraz to udowadniamy" – tłumaczył dumnie Freddie Mercury w rozmowie z "The Guardian".
W międzyczasie Smile przeobraziło się w Queen, a równie królewski i ekstrawagancki przydomek postanowił przyjąć sam Farrokh Bulsara. Początkujący wokalista o wielkich aspiracjach oficjalnie stał się, doskonale dziś znanym, Freddiem Mercurym. Kapela zadebiutowała fonograficzne 13 lipca 1973 roku w Wielkiej Brytanii. Z kolei pierwsze wydawnictwo "Queen" promowała między innymi sześciominutowa piosenka "Liar". Singiel ukazał się w 1974 roku, lecz wielokrotnie wybrzmiewał na początkowych, niewielkich koncertach zespołu.
Teledysk do przeboju "Liar" obejrzycie poniżej:
Debiutancka płyta stanowiła jedynie rozbieg. W sierpniu 1973 roku członkowie zespołu rozpoczęli pracę nad drugim albumem studyjnym. Pracując w wyjątkowej przestrzeni realizacyjnej Trident Studios, postanowili wykorzystać wszystkie dostępne sprzęty. Druga płyta uznawana jest za jeden z najważniejszych albumów rocka, łączy bowiem ciężkie brzmienia z elementami rocka progresywnego. "Queen II" powstawało na przestrzeni kilku miesięcy, od początku sierpnia do 20 lutego następnego roku. Z kolei wydawnictwo ukazało się 8 marca 1974 roku. W międzyczasie, w tym samym studiu, David Bowie i Ken Scott produkowali "Pin Ups".
Wycieczki w dziwne rejony, według Briana Maya, Freddie Mercury robił już przy okazji wcześniejszych albumów. Na pierwszym z nich znajduje się „My Fairy King”, a na drugim – „The March of the Black Queen”. Mercury osiągnął apogeum nietuzinkowych fascynacji za sprawą "Bohemian Rhapsody", magnum opus Queen, singla z czwartego wydawnictwa fonograficznego „A Night at the Opera” (1975 rok). Sześciominutowy numer z charakterystycznym refrenem, napisany przez Freddiego, zespala pozorne skrajności — liryczny segment balladowy i mocną część hardrockową. Utwór powstał z trzech piosenek, stając się niejako „parodią opery”, o czym doskonale świadczą epickie chórki, a także zniekształcone włoskie frazy operowe.
On operę lubił, fascynował się Montserrat Caballé, artystką, którą potem zaprosił do współpracy i która też była nim zachwycona. I wyszło w ten sposób najlepsze połączenie rocka z operą, jakie tylko jest możliwe, a które można usłyszeć w albumie "Barcelona" - powiedział prezenter Radia Złote Przeboje Kacper Sosnowski.
Jak się okazuje, początki "Bohemian Rhapsody" sięgają końca lat 60. XX wieku. Niczego nieświadomy Mercury skomponował trzy (w pełni autonomiczne!) piosenki, które wkrótce miały stać się częściami składowymi jednego z największych przebojów Queen. Usiadłszy przed pianinem, zaczął grać "The Cowboy Song", który zawierał słynny wers "Mama... just kill a man". Ostatecznie nagranie numeru trwało aż trzy tygodnie!
Wiele było spekulacji na temat "Bohemian Rapsody", jeśli chodzi o tekst piosenki. I ta tajemniczość to z pewnością też siła utworu. Kilka arabskich słów prosto z Koranu pojawiło się w tekście nieprzypadkowo. Rodzice Mercury’ego byli związani z zoroastryzmem, a te właśnie arabskie słowa mają znaczenie w tej religii. Gitarzysta Brian May o samej piosence powiedział kiedyś: „Freddie był bardzo złożoną osobą: lekkomyślny i zabawny na powierzchni, ale ukrywał niepewność i problemy w godzeniu swojego życia z dzieciństwem. Nigdy nie wyjaśnił tekstu, ale myślę, że włożył w tę piosenkę wiele siebie”. Istnieje też wyjaśnienie bardziej związane z jego seksualnością — mniej więcej w tym czasie zaczynał godzić się ze swoją biseksualnością, a jego związek z Mary Austin się rozpadał. Ale, czy naprawdę warto dociekać, jak było na prawdę? Sam Mercury stwierdził przecież: „To jedna z tych piosenek, która ma w sobie tak fantastyczny klimat. Myślę, że ludzie powinni jej po prostu posłuchać, pomyśleć o niej, a następnie sami zdecydować, co ona do nich mówi”. Twierdził również, że tekst to nic więcej niż „losowy rymowany nonsens” - powiedział Jerzy Telesiński, prezenter Radia Złote Przeboje.
Poniżej posłuchacie hitu "Bohemian Rhapsody" z repertuaru Queen:
Wtedy "Król Rocka" odział pelerynę i koronę. Czy naprawdę był ekstrawertykiem?
Freddie Mercury, niekwestionowany "Król Rocka", nie tylko muzycznie, ale i... dosłownie, podczas ostatnich koncertów europejskiej trasy "Magic Tour" z 1986 roku przywdziewał na scenie królewską koronę i czerwoną pelerynę. Natomiast na zakończenie widowiska Brytyjczyk, niczym monarcha, prowadził publikę w rytm "God Save the Queen". Chociaż wokalista symbolicznie wcielał się w rolę króla, bezsprzecznie triumfował na estradzie, będąc w stanie doprowadzić do "muzycznej" ekstazy tysiące słuchaczy.
Jednak za fasadą ekstrawaganckiego wizerunku, elektryzujących występów i niebywałą pewnością siebie kryły się głęboko skrywane lęki i niepokoje. Czy Freddie Mercury, jeden z najwybitniejszych wokalistów wszech czasów, stresował się koncertami? "Często mam koszmarne sny – jak ostatniej nocy, tuż przed koncertem Rainbow. Spaliśmy w Holiday Inn i śniło mi się, że wyszedłem na balkon hotelowy, a cały obiekt się przewrócił i leżałem jak kupa na chodniku. Naprawdę byłem przerażony, kiedy obudziłem się rano. [...] Takie absurdalne rzeczy są spowodowane napięciem, które narasta" - wyjawił dla "The Guardian".
Oto Freddie Mercury podczas "Magic Tour":
Gwiazdor Queen walczył do ostatniego oddechu
"Przedstawienie musi trwać" - śpiewał przed laty Freddie Mercury w utworze "The Show Must Go On". Jak się okazuje, piosenka skomponowana przez Briana Maya, opowiada o heroicznych wysiłkach frontmana Queen. W ostatnich latach życia gwiazdor zmagał się ze skutkami zakażenia wirusem HIV. Z czasem postępująca choroba dawała się we znaki na tyle, że nie tylko pozostali członkowie kapeli, ale również przestrzeń publiczna obawiali się o stan muzyka.
May wspomniał po latach, że podczas nagrań wcześniej wspomnianego singla z "Innuendo", wokalista z trudem się poruszał. "Fred, nie wiem, czy to będzie możliwe do zaśpiewania" - mówił, czego dowiadujemy się za pośrednictwem strony RollingStone.pl. "A on powiedział: «K***, zrobię to, kochanie» - wszedł po wypiciu wódki i zabił to, całkowicie rozszarpał ten wokal" - spuentował gitarzysta (według cytowanego źródła). Umierający Freddie Mercury, resztkami sił, wykonał epicki refren "The Show Must Go On". Singiel ujrzał światło dzienne rok później, dokładnie 14 października 1991 roku.
"Król Rocka", charyzmatyczny wokalista i frontman zespołu Queen odszedł zaledwie kilka tygodni po światowej premierze "The Show Must Go On". Freddie Mercury zmarł 24 listopada 1991 roku w wieku 45 lat. Dzień przed śmiercią publicznie ogłosił diagnozę zakażenia wirusem HIV, którą — co ciekawe — znał już od drugiej połowy lat 80. XX wieku. Ostatnie chwile spędził w swoim domu w Londynie. Chociaż od śmierci brytyjskiego gwiazdora minęły ponad trzy dekady, jego legenda wciąż jest żywa i nieprzerwanie rozbrzmiewa w międzynarodowych rozgłośniach radiowych.
Co ciekawe, fanem Freddiego Mercury'ego jest między innymi Sławek Uniatowski. "Założyłem z przyjaciółmi w 1999 roku, w wieku 15 lat, pierwszy ogólnopolski fanklub Queen. Trzy lata później byliśmy pod domem Fredka. Spędziłem wtedy w Londynie osiem dni, nie miałem gdzie spać, a w kieszeni tylko 90 funtów" - wyjawił wokalista w wywiadzie ze ZlotePrzeboje.pl.
O wspomnienia związane z legendą rocka postanowiłam zapytać również członków internetowego fanklubu Queen. "Freddie stworzył nazwę, wykreował logo Queen, wprowadził mnóstwo teatralnych, operowych akcentów, wydobywając potencjał z pozostałych członków zespołu, okraszając wszystko swą wrażliwością, charyzmą oraz ognistością występów. [...] Miałam zaszczyt niedawno po raz drugi czuć jego obecność w Monteaux — raju wypełnionym jego duchem i słodką energią" - wyjaśniała z kolei Kamila Staszczyk.
Freddie miał swoje dziwactwa. Jak każdy człowiek. Miał dwie twarze, kilka dziwnych pasji i wiele skrywanych tajemnic. O niektórych wspomina prezenter Radia Złote Przeboje Jerzy Telesiński.
Jak każdy "rasowy" artysta, Freddie Mercury lubił skupiać na sobie uwagę tłumów, w końcu to dla tłumów tworzył. Lubił więc kokietować i "romansować" z publiczności. Bywał kapryśny, uwodził i wodził czasem na manowce. Robił to z wyjątkową gracją i czarem osobistym. Trudno więc odgadnąć co w nim było na prawdę a co nie, ale... czy to takie ważne? Twierdził na przykład, że wystarczały mu 3-4 godziny snu na dobę. Uwielbiał koty, a ta jego skłonność była tak wielka, że telefonował z tras koncertowych, żeby do nich pogadać. Miał podobno malowane portrety swoich kotów, dla ulubienicy napisał piosenkę, a album "Mr. Bad Guy" cały im zadedykował. A do moich ulubionych dziwactw Mercurego należy ten, że wszystkim swoim bliskim płci męskiej nadawał żeńskie przydomki. I tak Bryan May nazywał się "Maggie", Roger Taylor "Betty", a John Deacon "Jackie" - podsumował nasz radiowy ekspert.
Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na ZlotePrzeboje.pl!