Ikony lat 80. i 90. "wychodzą" na wierzch. "Bolesna i piękna prostota"
Przebój "Jenny" otrzymał drugie życie. Małgorzata Beczek, zainspirowana szlagierem z repertuaru Edyty Bartosiewicz, skomponowała piosenkę o intymnym, kobiecym świecie. Jak ważną rolę w życiu wokalistki odegrała opowieść o "dziwnie rozpalonej" nastolatce? "Myślę, że w 1997 roku, mając dwa lata, nie zdawałam sobie sprawy z wagi i znaczenia tej piosenki. Ta waga rosła we mnie i to znaczenie napisało się samo z biegiem lat" - wyznała w rozmowie z dziennikarką serwisu ZlotePrzeboje.pl.
- Singiel "Jenny" z repertuaru Edyty Bartosiewicz ukazał się w 1997 roku.
- Piosenka prędko urosła do rozmiarów ogólnopolskiego przeboju.
- Uniwersalna wartość i ponadczasowe znaczenie utworu są coraz częściej dostrzegane przez młodych artystów.
Istnieją takie melodie, historie, a nawet imiona, które ze stron powieści, wyobraźni muzyków bądź prosto z kinowych ekranów przedostają się do naszej rzeczywistości. Helena, o którą bój stoczyły dwa potężne, starożytne rody, już na zawsze pozostanie symbolem piękna. Ofelia będzie kojarzyć się ze swoją nieszczęśliwą, targającą serce miłością, a Balladyna - z niszczycielską żądzą władzy. Tymczasem pokolenie późnych "najntisów" i wczesnych lat dwutysięcznych postanowiło nakreślić swoją historię od samego początku. Zwłaszcza piosenkarki uznawane za ikony lat 90., które na nowo zdefiniowały kobiece brzmienia - Edyta Bartosiewicz, Kasia Kowalska czy też Katarzyna Nosowska.
Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na ZlotePrzeboje.pl!
To właśnie z repertuaru wspomnianych piosenkarek zrodziły się m.in. kultowa już "Jenny" lub "Katasza". Do serii barwnych, kobiecych sylwetek, które odcisnęły trwałe piętno w polskiej popkulturze, dołączają także Małgośka z 1973 roku Maryli Rodowicz i nieposkromiona Julia ze szlagieru Wandy i Bandy ("Nie będę Julią" z 1984 roku).
Wszystko wskazuje na to, że osobliwe losy każdej z kobiet połączyła w jednym utworze Małgorzata Beczek. O swoich artystycznych inspiracjach, piosence "Jenny", a także pierwszych krokach w branży opowiedziała w rozmowie z dziennikarką serwisu ZlotePrzeboje.pl.
Ten hit lat 90. wciąż wybrzmiewa. Z biegiem lat nabiera nowych znaczeń
"Jenny, mam na imię Jenny, może to coś zmieni, gdy już wiesz" - śpiewała Edyta Bartosiewicz w swoim przebojowym numerze z 1997 roku. Jak się okazuje, na muzyczną odpowiedź czekała poniekąd aż dwadzieścia cztery lata. W kwietniu 2021 roku światło dzienne ujrzała debiutancka EP-ka Małgorzaty Beczek, nieprzypadkowo zatytułowana "2002". Projekt obejmował piosenki "Nie!", "Strzelaj", "Cisza", "Zła" oraz "Jenny".
Też mam na imię Jenny, ale to nic nie zmieni. W tej samej skórze jestem od lat. Katasza imię me. Po ojcu warstwy dwie. Po matce niebezpieczna robię się — słyszymy w "Jenny" lubelskiej piosenkarki.
Małgorzata Beczek jest kompozytorką, wokalistką i autorką tekstów. 29-latka ukończyła mistrzowski kurs songwriterski ZAIKSu (TekstMisja), w ramach którego szkoliła się pod okiem legend polskiej piosenki, takich jak Marek Dutkiewicz, Adam Nowak, Magdalena Wójcik, Ryszard Kunce, Liber czy też Wojciech Byrski.
Teledysk do numeru "Strzelaj" obejrzycie poniżej:
Wywiad z Małgorzatą Beczek
Amelia Majek, dziennikarka serwisu ZlotePrzeboje.pl: "Mam na imię Małgorzata. Ale też mam na imię Jenny" - napisałaś w mediach społecznościowych cztery lata temu, publikując jeden ze swoich debiutanckich utworów. Choć w numerze pojawiło się wiele kobiecych wcieleń, to właśnie "Jenny" znalazła się w tytule. Dlaczego zdecydowałaś się na taki zabieg? I co zainspirowało cię, aby napisać utwór o takim przesłaniu?
Małgorzata Beczek: Zawsze gdy próbuję sięgnąć pamięcią do miejsca, w którym zrodził się pomysł na "Jenny", jedyne, co mi się przypomina, to wesele. Śpiewałam kiedyś w zespole weselnym, by… no cóż, zarobić na produkcję swojej muzyki. I w mojej głowie jest taki obraz: jest grubo po 1:00 w nocy, siedzę przy stole, trwają oczepiny, padam na twarz, bolą mnie nogi i mam niewygodną sukienkę. Odpływam gdzieś, jak zwykle, myślami, by nie patrzeć na pijaną, disco-polową rzeczywistość. Marzę o swojej przyszłości na prawdziwej scenie, myślę o życiu i tej dziwnej trajektorii, jaką się poruszam.
Jestem świeżo po studiach, przeprowadzam się do Warszawy, niedługo mi się życie pozmienia. Zaczynają ze mnie wyłazić demony przeszłości, traumy, niepokój o przyszłość i niewygoda na teraźniejszość. W tej dziwnej weselnej dysocjacji przybywa do mnie inspiracja i w głowie słyszę kilka słów. Zapisuję na szybko w wiadomości do siebie samej na facebookowym messengerze: "Też mam na imię Jenny, ale to nic nie zmieni, w tej samej skórze jestem od lat. Katasza imię me, po ojcu warstwy dwie, po matce niebezpieczna robię się - dla siebie". A potem wskakuję znowu w szpilki i lecę śpiewać dalej i zabawiać gości weselnych, aż do 5:00 nad ranem.
Śpiewam "Małgośkę" i dociera do mnie, że tych imion jest więcej. Tych kobiet, które są we mnie, o których chcę zaśpiewać, jest więcej. Następne, co pamiętam to gitara, układanie melodii i nagrywanie jej na dyktafon. Refren, kolega gitarzysta, śmieszne demo w klimacie country, a potem już Poznań i tworzenie aranżu w studiu u producenta. Wszystko potoczyło się tak szybko, że nie jestem w stanie przypomnieć sobie momentu, w którym podjęłam decyzję o tytule dla "Jenny". Jenny po prostu była pierwsza, więc to jej należał się tytuł.
Posłuchajcie "Jenny":
Ikony lat 80. i 90. inspirują artystów młodego pokolenia
Śpiewasz o wspomnianej "Jenny" Edyty Bartosiewicz, "Kataszy" zespołu Hey, "Małgośce" Maryli Rodowicz, a w końcu o "Julii" z repertuaru zespołu Wanda i Banda. Czy kobiece ikony lat 80. i 90. wpłynęły na twój sposób postrzegania muzyki?
Zdecydowanie. Tak naprawdę Kaśka Nosowska była moją pierwszą muzą, w przenośni i dosłownie. Fun fact, moja starsza o 14 lat siostra opowiadała mi, że gdy byłam noworodkiem, to tylko jedna rzecz sprawiała, że przestawałam płakać natychmiastowo. Była to piosenka "List" zespołu Hey. Myślę sobie czasami, że gdyby nie poszczególne kobiety, które śpiewały mi do ucha od tego 1995 roku, to prawdopodobnie nie robiłabym teraz muzyki.
Kasia Kowalska, Edyta Bartosiewicz, Katarzyna Nosowska, Agnieszka Chylińska, Renata Przemyk, potem był zespół Łzy, był zespół Virgin, Varius Manx, potem pojawiły się pierwsze zagraniczne fascynacje. Ale tak naprawdę, gdyby nie ci powyżej, nie byłoby mnie dziś w branży muzycznej. A jestem, i mam się dobrze, i czuję zaszczyt, że w ogóle mogę trochę o tym poopowiadać, bo jest to niesamowicie ważna część mojego życia.
"Jenny": "nie słyszałam bardziej boleśnie prawdziwego tekstu piosenki"
Kim była dla twojego pokolenia "Jenny"? Czy odgrywała ważną rolę?
Myślę, że w 1997 roku, mając dwa lata, nie zdawałam sobie sprawy z wagi i znaczenia tej piosenki. Ta waga rosła we mnie i to znaczenie napisało się samo z biegiem lat. Do dziś nie wiem (i chyba nie chcę wiedzieć) o kim i o czym konkretnie myślała Edyta, pisząc Jenny. Ja mam swoją osobistą historię, związaną z tym kawałkiem, i za każdym razem, kiedy go słyszę, budzi się we mnie wewnętrzne dziecko i chce śpiewać na cały głos: "Odkąd sięgam pamięcią, zawsze było coś nie tak. W niełasce, w ciągłym nieszczęściu los bił na oślep. Szybko przestałam być dzieckiem. Czy choć przez chwile byłam nim?".
Przysięgam, nigdy nie słyszałam bardziej boleśnie prawdziwego tekstu piosenki. Nikt lepiej i bardziej wprost nie nazwał tego, co tak trudne do nazwania. Dzieci z dysfunkcyjnych rodzin dorastają szybko, zbyt szybko. Edycie się to udało i oprócz - z muzycznego punktu widzenia - fantastycznej kompozycji, to właśnie ten tekst wysuwa się na pierwszy plan. I właśnie ta bolesna i piękna prostota tego tekstu skradła moje serce.
"A ja za dużo widzę, zbyt mocno czuję" - śpiewa Edyta Bartosiewicz. Czy intensywne przeżywanie rzeczywiście staje się przekleństwem dla artystów? A może wprost przeciwnie - jest tajną bronią?
Każdy kij ma dwa końce i uważam, że powinniśmy nauczyć się nawigować każdym z tych końców. I jednakowo pracować nad tym, co nam w naszej nadwrażliwości przeszkadza oraz pielęgnować to, co w tej nadwrażliwości jest piękne. A jest sporo pięknego, tylko trzeba dać sobie na to przyzwolenie.
Bywają dni, że nienawidzę własnej głowy, tej nadmiernej empatii, tych wzruszeń i poruszeń na każdym kroku. I tych łez na każdym filmie czy koncercie. I tych ekstremalnie silnych emocji. To utrudnia czasami funkcjonowanie i wpływa na naszą produktywność, a często też na relacje. I póki umiem to nazwać, zaopiekować się tym i jakoś to ujarzmić, to jest okej. Ale wszyscy moi znajomi artyści, osoby twórcze, muzycy, wrażliwcy - chyba każdy się ze mną tutaj zgodzi - wiedzą, że jest to cholernie trudne.
Dałaś "Jenny" drugie życie. Niemniej napisałaś jej historię na nowo. Niektórzy artyści mówią o swojej muzyce jako formie terapii. Czy "Jenny" miała dla ciebie oczyszczające znaczenie?
W pewnym sensie tak. Im bardziej myślę sobie o tej piosence i o tym, co czuła ta zagubiona Małgorzata w 2019 roku, tym bardziej doceniam "Jenny". Bo "Jenny" twórczo i terapeutycznie wykonała we mnie sporo roboty. Pozwoliła pozamykać trochę rozdziałów, ale też przyjrzeć się trochę bliżej swojemu dzieciństwu i zauważyć różne schematy i mechanizmy. Wyciągnąć kilka cennych lekcji, wysnuć kilka bolesnych wniosków i… odciąć pępowinę. Ale przede wszystkim - w końcu ruszyć do przodu.
Jakie masz plany na najbliższą przyszłość? Czy wkrótce pojawi się coś nowego, co będzie związane z klimatem "Jenny"?
17 stycznia wydałam nowy singiel pt. "Insomnia", w szufladzie mam już kolejne projekty, jest też sporo pomysłów, które w pewnym sensie nawiązują do "Jenny". Ale głównie dlatego, że dzięki "Jenny" pokopałam jeszcze głębiej i dokopuję się nadal do coraz to trudniejszych i ciekawszych wątków, refleksji, emocji, analogii, schematów, porównań i połączeń.
Tutaj obejrzycie klip do utworu "Insomnia":
Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na ZlotePrzeboje.pl!