advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
Włącz radio

Przesłuchałem pierwszą płytę Ich Troje. Granica została przekroczona

9 min. czytania
29.01.2025 11:57
Zareaguj Reakcja

Ich Troje lata świetności ma dawno za sobą. Jednak swego czasu zespół znajdował się na absolutnym topie. Nie było w Polsce osoby, która nie słyszałaby piosenek Wiśniewskiego i spółki. Oczywiście, krytycy nie mieli o nich wtedy najlepszego zdania. Dlatego sprawdziłem, jak brzmi debiutancki album grupy po niespełna 29 latach od premiery. Już teraz mogę napisać, że to było "coś".

Debiut Ich Troje z dzisiejszej perspektywy
fot. Adam STASKIEWICZ / East News / YouTube / Michał Wiśniewski
  • Ich Troje wydali debiutancki album "Intro" w 1996 roku.
  • Po niemal 29 latach od premiery przesłuchałem płyty od deski do deski.
  • Tak oceniam twórczość grupy z dzisiejszej perspektywy.

Ich Troje wydali pierwszy album studyjny 9 września 1996 roku. Niecały rok przed tym, jak w ogóle przyszedłem na świat. Początkowo zespół występował głównie w Łodzi, a jego piosenek nie grano w ogólnopolskich rozgłośniach. Stopniowo jednak zyskiwały popularność. Grupa wystąpiła w programie "Kawa czy herbata?" w TVP, a już w 1997 roku "Intro" otrzymało certyfikat złotej płyty za sprzedaż ponad 50 tysięcy egzemplarzy. To wyśmienity wynik. Polakom ewidentnie spodobała się muzyka formacji Wiśniewskiego i Łągwy.

Krytycy nie byli jednak tak pozytywnie nastawieni. Magazyn "Tylko Rock" przyznał płycie ocenę 2,5/5. Nie było źle, ale też nie było dobrze. Można powiedzieć, że było średnio. Ostatecznie wyszło jednak fantastycznie. Przecież Ich Troje stali się pierwszoligowymi gwiazdami polskiego show-biznesu.

Z oczywistych względów nie miałem okazji przesłuchać "Intra" w momencie premiery. Z zespołem Wiśniewskiego mam jednak wiele całkiem przyjemnych wspomnień z dzieciństwa. Ostatnio więc niejako wróciłem do korzeni i przesłuchałem debiutu grupy po latach od wydania. Po raz pierwszy w życiu od deski do deski. Czy ta płyta broni się współcześnie? Czy pokazuje, dlaczego Ich Troje odniosło sukces? Odpowiedzi na te pytania nie są oczywiste.

Ich Troje zrzuciło bombę już na samym początku

Album zaczyna się "Intrem", nad którym raczej nie ma sensu się rozwodzić. To, jak wskazuje tytuł, wstęp, otwarcie płyty. Pokazuje jednak mniej więcej, czego można się spodziewać. Teatralności, operowości, poetyckich inspiracji, być może dozy grafomanii. Potem Ich Troje atakuje słuchacza prawdziwą bombą w postaci "Prawa". To piosenka bez dwóch zdań ponadczasowa, ważna i poruszająca.

Redakcja poleca

W końcu “Prawo” oparte jest na wyśmienitym utworze Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej "Prawo nieurodzonych". Wbrew temu, co czasem można usłyszeć z niektórych stron, nie jest on antyaborcyjny. Wręcz przeciwnie! Autorka, a w zasadzie podmiot liryczny, mówi w nim o bezsensie życia. O tym, że nikt z nas nie prosi się na świat. Istnienie sprawia tak dużo bólu, że potrzebujemy prawa do tego, by nigdy się nie urodzić. Tekst ważny, świetnie napisany, uderzający w czułe punkty człowieczeństwa i skłaniający do refleksji.

W wydaniu Ich Troje jest on nieco przerobiony, ale sens pozostaje ten sam. Uważanie go za antyaborcyjny wydaje mi się wręcz zabawne i kompromitujące dla środowisk "pro life". Tym bardziej że teledysk do piosenki dodał kolejny ważny wątek, czyniąc z utworu jeden z pierwszych w Polsce otwarcie wspierających prawa osób LGBT. Mogę tylko podejrzewać, że w drugiej połowie lat 90. mogło to być dla niektórych dość szokujące. Albo nawet tego nie zauważyli, jak to często bywa w przypadku muzyki rozrywkowej i "przeciętnego" słuchacza.

Po takim otwarciu można oczekiwać płyty z naprawdę mocnym przekazem. Niestety, "Prawo" jest w zasadzie jedynym (może poza "Jeanny", ale o tym trochę później), tak potężnym kawałkiem na "Intrze". Nie oznacza to jednak, że później jest źle. Co to, to nie! "Walizka" uderza w rockowe klimaty i nawet dziś mogłaby nieźle “siąść” na koncertach. Tekstowo też jest dość porządnie. Rezygnacja z pogoni za marzeniami, odłożenie ich do tytułowej walizki, by czekały na lepsze czasy. Obok refleksja na temat spełniania ich, życia przeszłością i swego rodzaju nostalgii. Nie jest to skomplikowanie napisane, wszystko trafia tam, gdzie powinno. Naprawdę dobrze wykonana praca.

Oglądaj

Poezja czy grafomania? Granica jest cienka

Kolejny na płycie jest utwór "Spadam", śpiewany przez Magdę Femme, ówczesną wokalistkę Ich Troje. Tutaj dobre wrażenie po mocarnym otwarciu nieco przygasa. Tekst jest... cóż, po prostu jest. Lubię poezję, wiem, że miało to nawiązywać do poetyckiej stylistyki, ale moim zdaniem jest to zupełnie niepotrzebny utwór. Trąci trochę grafomańskim sileniem się na coś więcej, niż w rzeczywistości jest. Do pominięcia. 

W "Lęku" słyszymy Wiśniewskiego i Femme, śpiewających na przemian. Piosenka traktuje o tytułowym lęku przed życiem i śmiercią. Nic szczególnie odkrywczego. Nie ma tu też zbyt dużego potencjału na hit, więc nie dziwi mnie, że to dziś nieco zapomniany utwór. Wokalistka brzmi jak księżniczki Disneya, co wywołuje u mnie uczucie przesłodzenia, ale to nie jest poziom ostatecznej cukierkowości jak u Sanah, więc nie jest źle.  

"Gwałt" natomiast kojarzy mi się z piosenką wyciągniętą wprost z musicalu. Proste rymy i równie prosta rytmika. Tekst wydaje mi się jednak dosyć odważny. A przynajmniej wyobrażam sobie, że wtedy mógł być, bo dziś raczej nie zrobiłby na nikim wrażenia. Wiśniewski wyśpiewuje dość masochistyczne wersy wiążące się z fantazjami seksualnymi. Twierdzi, że "tego pragnie, tego chce", więc jest zgoda, nie ma się czego czepiać. Bez dwóch zdań jest to – z braku trafniejszego określenia – "kinky" piosenka.

Oglądaj

Po tym gorącym wyznaniu pragnienia krzywdy i dominacji przychodzi "Czas". Szybki, energetyczny utwór, znów napisany bardzo prostymi środkami. Równie dobrze mogłaby śpiewać go jakaś znana wokalistka z PRL i wówczas Polacy nuciliby tę piosenkę pod nosem. Tutaj znów mam nieodparte wrażenie, że cienka granica grafomanii została przekroczona. Tekst mówi o gonitwie myśli, uciekaniu, pędzeniu do bliżej nieokreślonego końca. Walor rozrywkowy? Jest. Treściowy? Niezbyt, ale też przecież nie zawsze musi o to chodzić. 

A potem wchodzi utwór "Bezdomni" i ma wszystko to, za co Ich Troje jest kochane i nienawidzone jednocześnie. "My jesteśmy bezdomni i nie mamy co jeść / Walczymy, by przeżyć, walczymy, by zjeść" – rymowanie "jeść" i "zjeść" pominę. Wydźwięk piosenki jest taki, że jestem w stanie uwierzyć w słowa wyśpiewywane przez Wiśniewskiego. Wrażliwe, artystyczne jednostki są wciąż głodne i nie mogą znaleźć swojego miejsca. Pragnienia, marzenia dobijają. Łączy się to niejako z wcześniejszą "Walizką". Autor miał wtedy chyba moment zwątpienia w życiu, bo mimo całej pastiszowej otoczki, czuć w tym wszystkim sporą dozę goryczy.

Z Łodzi do Opola. Teatralne Ich Troje

"Szarość dnia" to moim zdaniem piosenka w stylu Festiwalu w Opolu. Przynajmniej tych jego odsłon, które odbywały się przed rokiem 1989. Przecież jakby za ten tekst odpowiadał Jacek Cygan, a śpiewała go Edyta Geppert czy Izabela Trojanowska, krytycy zachwycaliby się nim po dziś dzień. Ale śpiewała go Magda Femme na płycie Ich Troje. Dlatego też niewiele osób o tym utworze pamięta. To pokazuje jednocześnie, jak spora grupa słuchaczy czy ekspertów zwraca uwagę nie tyle na muzykę, co na autorów. Nieważne, czy mówimy o latach 70., 90., czy współczesnych.

Oglądaj

Z Opola wracamy na ulice, być może łódzkie. "Kot" to znów piosenka, która mogłaby wybrzmieć w musicalu. Jest nawet rapujący (albo w bardziej melorecytujący) Jacek Łągwa. Sympatyczne i jednocześnie wywołujące kilka ciarek żenady. Ale ja to kupuję. Ich Troje nie bali się eksperymentować. Teatralność, operowość, musicalowość widoczna jest w zmiennych proporcjach w niemal każdym utworze na płycie i dobrze. Przecież właśnie za to pokochały ich miliony Polaków.

Te same odczucia budzą we mnie dwa kolejne numery. "Obcy" i "Mrok" podejmują tematykę trudnej miłości. Mówią o przeznaczeniu, zdradzie, są swego rodzaju ostrzeżeniem. Brzmią też, zarówno tekstowo, jak i muzycznie, bardzo, bardzo teatralnie. Słowa wypowiadane w tych utworach mają sprawiać wrażenie wielkich, przepełnionych targającymi na wszystkie strony emocjami.

Gdybym był smutnym, nieszczęśliwie zakochanym nastolatkiem w połowie lat 90., pewnie bym się utożsamił. Kiedy byłem nastolatkiem ze złamanym serduszkiem w drugiej dekadzie XXI wieku, trafiały do mnie piosenki z niemal identycznym wydźwiękiem. W jakiś sposób mi się to podoba, choć wiem, że da się przyczepić do wielu rzeczy. Rozumiem jednak konwencję i tę przerysowaną, rozemocjonowaną ekspresję w tekstach. Jestem więcej niż pewien, że to właśnie miało takie być.

"Niecierpliwi myśliwi" to, podobnie jak "Bezdomni", motyw zagubienia w świecie, samotności, pragnienia, by dotrzeć do – w tym przypadku – raju. Odczytuję to jako potrzebę zaznania spokoju i szczęścia. To uniwersalne emocje, z którymi zmierzył się choć raz przynajmniej każdy. Takie utwory jak ten powstają też współcześnie. Zmieniło się brzmienie, ekspresja, wrażliwość artystyczna, ale wydźwięk jest ten sam. Gdyby wyszło to spod ręki jednej z popularnych dziś piosenkarek, słuchacze pialiby z zachwytu nad trafnością przekazu.

Koniec zbiega się z początkiem. Ich Troje w słusznej sprawie

Powoli kończy się podróż z pierwszym albumem Ich Troje. "Cień" to spokojna ballada, która zupełnie mnie nie porwała i wydaje mi się po prostu nudna. Piosenkę śpiewa Magda Femme, a tekst kierowany jest do partnera. Nieśpiesznie wypowiadane słowa mówią o nieporozumieniach w związku, kłótniach, być może nawet czymś bardziej bolesnym. Ich adresat wydaje się być niedojrzały i niegotowy na poważniejszą relację, a nadawczyni wyraża zauważalny żal wymieszany z pragnieniem miłości. Treść poruszająca, ale wydanie już niezbyt. Ich Troje na kolejnych albumach zrobiło to zdecydowanie lepiej.

Z kolei "Ci wielcy" to wyraźna refleksja nad dążeniem do poznania siebie, nad próbą zmiany. Rymy czasownikowe gdzieniegdzie kłują w uszy, choć nie sposób odmówić tej piosence pewne ładunku emocjonalnego. Słowa znów są wielkie, momentami aż do przesady. Odnoszę wrażenie, że albo to ponownie wspomniana teatralność, albo autor tekstu miał nieciekawy okres w życiu. Zdrada, kłamstwo, ciemność i rozpad. Takich motywów nie powstydziłby się niejeden rockowy czy metalowy zespół, którego fanem jest twój ojciec.

Płytę kończą dwa utwory. "C.D.N.", które jest swego rodzaju outrem, zamknięciem płyty, instrumentalem, który wyprowadza nas z emocjonalnego świata Ich Troje. A także "Jeanny", cover piosenki pod tym samym tytułem austriackiego wokalisty Falco. Wiśniewski przełożył tekst na polski, a w kompozycję wpleciono też fragmenty programu informacyjnego, mówiącego o zaginionej 19-latce, którą prawdopodobnie zamordowano na tle seksualnym. Wydźwięk piosenki z metaforycznego zmienia się w dosłowny. Zwraca też uwagę na to, jak wiele kobiet musi obawiać się o własne życie, wychodząc z domu.

"Prawo" i "Jeanny" tworzą pewną klamrę na kilku płaszczyznach. Teksty obu utworów nie są autorskimi pomysłami Wiśniewskiego (czy Ich Troje), ale przefiltrowane są przez jego wrażliwość. Oba cechują się poważną tematyką, mówią coś ważnego, tak o rzeczywistości, jak i nas samych. To mocne momenty albumu pokazujące jednocześnie, że w tym zespole tkwił naprawdę spory potencjał.

Oglądaj

Hit czy kicz? Tak Ich Troje brzmią po latach

"Intro", jak z resztą wskazuje tytuł, to dobry wstęp do twórczości Ich Troje. Płyta pokazała, czym jest muzyka zespołu i w jakim kierunku będzie zmierzała w kolejnych latach. Jak pokazał czas, grupa obrała dobrą ścieżkę. Przez bardzo długi okres utrzymywała się na topie, a Polacy uwielbiali jej piosenki. Nawet dziś wiele osób czuje do nich sentyment. Najlepiej pokazuje to chyba koncert na Pol’and’Rock 2024, będący najbardziej obleganym występem festiwalu.

Co zabawne, gdy Jurek Owsiak ogłosił, że Ich Troje zagrają na Małej Scenie, w sieci pojawiały się głosy oburzenia. Jedni krzyczeli, że to żart, inni zarzucali zespołowi granie kiczowatej muzyki, kolejni wieszczyli upadek festiwalu, następni rozdzierali szaty, że ich piosenki nie pasują do tego miejsca. Rzeczywistość jednak zweryfikowała malkontentów, a Wiśniewski i spółka znów mogli poczuć się jak za najlepszych lat, gdy byli na absolutnym szczycie.

Debiutancka płyta Ich Troje pełna jest dramatyzmu, teatru, mniej i bardziej udanych prób romansowania z poezją. Jest na niej także grafomania i naprawdę duże pokłady kiczu. Ja nie widzę jednak w tym nic złego, wręcz przeciwnie! Dobrze przedstawiony kicz potrafi skraść serce równie mocno, co wzruszająca, poetycka ballada o niespełnionej miłości.

"Intro" to interesująca podróż, w trakcie której targają nami emocje. Nie tylko ze względu na słowa piosenek, ale także dwojakie odczucia. W moim przypadku zażenowanie mieszało się z pewnego rodzaju podziwem. Szacunek z chęcią wytknięcia błędów, przynajmniej tych natychmiastowo kłujących w uszy. Przy niektórych piosenkach miałem ochotę śpiewać, tańczyć, wyć do księżyca. Przy innych – wejść pod koc i nigdy spod niego nie wychodzić.

Pierwszy album Ich Troje ma w sobie "coś". To nie jest płyta, która zostawia po odsłuchu obojętnym. Nie wkurzy głębokimi przemyśleniami społeczno-politycznymi, nie skłoni do refleksji nad światem (może poza "Prawem" i "Jeanny"), ani nie zmieni patrzenia na rzeczywistość. Zapewnia jednak wiele naprawdę pozytywnych emocji. Podczas odsłuchu bawiłem się dobrze. Świetnie było przekonać się, jak wyglądały pierwsze kroki Ich Troje na muzycznej ścieżce.

Zespół Wiśniewskiego i Łągwy jest kiczowaty, jest przedramatyzowany i teatralny do granic. Mam jednak wrażenie, że tak właśnie miało być. Muzycy zrobili to celowo. Nie wiem, czy z powodu chęci artystycznego eksperymentu, czy wyłącznie ze względu na własną wrażliwość i muzyczno-artystyczne fascynacje.

"Intro" to nie jest dzieło wybitne, ale jest bez wątpienia jest znaczące. To właśnie ono było wstępem do uniwersum Ich Troje, które na przestrzeni lat rozrosło się do ogromnych rozmiarów. Nie mówię wyłącznie o muzyce, a o zjawisku, w którym uczestniczyła niemal cała Polska. Dobrze było wrócić do korzeni. Teraz natomiast chyba trzeba iść dalej.

Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na ZlotePrzeboje.pl!