Byłam na współczesnej wersji "Makbeta". Długo nie mogłam się pozbierać
"Makbet" to najstarsza i zarazem najczęściej wystawiana sztuka autorstwa Williama Szekspira. Na całym świecie odgrywano ją setki tysięcy razy, jednak jestem pewna, że wersja Pawła Palcata znacząco różni się od tych, które mieśmy okazję oglądać na deskach innych teatrów. Czy koszalińska interpretacja "Makbeta" to jeszcze Szekspir, czy już zupełnie nowy twór? Ja już znam odpowiedź.
- "Makbet" to jedna z najczęściej wystawianych sztuk teatralnych na świecie.
- Przedstawienie w reżyserii Pawła Palcata to uwspółcześniona wersja brytyjskiej tragedii.
- Sztuka została wyróżniona przez jury na 28. Międzynarodowym Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku.
Szekspira można lubić, nie lubić albo wręcz nie znosić. Jedno jednak jest pewne. Jego sztuki to klasyka gatunku i całkowicie zreformowały postrzeganie teatru. Dzięki brytyjskiemu dramaturgowi stały się czymś niezależnym, odrębnym, a wręcz ekskluzywnym, i, bez wątpienia, wyjątkowym. Tak też było z kultowym już "Makbetem", wystawianym w niemalże każdym teatrze na całym świecie.
Wybierając się do Bałtyckiego Teatru Dramatycznego, spodziewałam się klasycznego Szekspira. Jednak już po pierwszym akcie wiedziałam, że oglądam coś zupełnie odmiennego od tego, co widziałam i czytałam wcześniej. I nie, nie tak to zapamiętałam.
Akt I: Owce, video i pełna sala
Miejsce akcji: Bałtycki Teatr Dramatyczny w Koszalinie, "Makbet". Godzina 19:15. Prawie cała sala zapełniona. Zostało tylko kilka wolnych miejsc. Pierwsze zaskoczenie pojawia się już w pierwszych kilku sekundach spektaklu. Na scenie leżą martwe owce (manekiny, rzecz jasna), które już w kolejnym akcie zyskują zupełnie nowe znaczenie.
Jak to się dzieje, że drapieżca staje się ofiarą? Może koszalińska realizacja "Makbeta" powinna mieć podtytuł "Polowanie"? Wystawiając klasyczny tekst Williama Szekspira (w znakomitym, nowym tłumaczeniu Piotra Kamińskiego), zastanawiamy się, które zachowania są zgodne z naturą człowieka, a które wyrastają z jego chorej ambicji. Badamy granicę między prawem naturalnym a czystym złem, które rodzi się z jej przekroczenia — czytamy na oficjalnej stronie Bałtyckiego Teatru Dramatycznego.
Zaskakuje też wykorzystanie projektora. Na tle sceny wyświetlają się nagrania aktorów, które balansują na granicy między snem i jawą, zupełnie tak, jakby były wspomnieniami. Nie spotkałam się jeszcze z takim zabiegiem i muszę przyznać, że byłam nim oczarowana. Miałam bowiem wrażenie, że akcja rozgrywa się w dwóch niezależnych, a jednocześnie, przenikających się światach.
Akt II: Muzyka, kamera, akcja
W kolejnym akcie poznajemy już wszystkie postacie. I to jest moment, aby zrobić ukłon w stronę wszystkich występujących aktorów. Makbet (fantastyczny Michał Kosela) od samego początku wykazuje się ponadprzeciętną pychą, butą i wręcz narcystyczną pewnością siebie, która tylko uwypukla jego żądzę władzy.
Podobnie z Lady Makbet (wspaniała Żanetta Gruszczyńska-Ogonowska), która "czaruje" już od pierwszego wypowiedzianego słowa. Wygląda niczym anioł, jednak nie można dać się zwieść pozorom. To wytrawna manipulantka, która nie cofnie się przed niczym. Od początku do końca jest przesiąknięta złem do szpiku kości. Izabela Łęcka jest przy niej zupełnie nieszkodliwa.
Ukłony należą się także Jackowi Zdrojewskiemu, Wojciechowi Rogowskiemu, Piotrowi Krótkiemu, Karolowi Czarnowiczowi, Katarzynie Ulickiej-Pydzie, Adriannie Jendroszek i Beacie Niedzieli, a także dźwiękowcom, którzy sprawili, że sztuka obfitowała w momenty tak mocnego napięcia, że czasem trudno było je znieść.
Ale wróćmy do sztuki. Makbet i Banko spotykają wiedźmy, które twierdzą, że ten pierwszy zostanie królem, zaś drugi "ojcem przyszłych króli". Mówią to, jak wiemy, z premedytacją, chcąc poróżnić przyjaciół. Tytułowa postać bierze sobie przepowiednie do serca i już po chwili obmyśla sprytny plan, żeby wypełnić swoje przeznaczenie.
Może liczyć na pomoc Lady Makbet, która, w tej konkretnej interpretacji, momentami wydaje się być bardziej zdeterminowana niż przyszły król. Choć w końcu udaje im się dopiąć swego, to wydarzenie niesie za sobą konsekwencje, które będą ciągnąć się za nimi aż do końca ich dni.
Tego do dziś nie rozumiem
Koszaliński "Makbet" został wyróżniony przez jury na 28. Międzynarodowym Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku. Trudno się temu dziwić. Aktorzy przez cały czas trzymali niezwykle wysoki poziom. Miałam jednak mały problem ze scenariuszem, a dokładniej jedną sceną — słynną kolacją, która kończy się śmiercią Duncana.
W ostatnich chwilach życia króla na scenie pojawia się tańczący miś. Nie jest to zwykły taniec, a raczej choreografia rodem z teledysku Nicki Minaj z 2014 roku. To jednak niestety tylko wstęp do walki władcy z misiem, o fatalnym zakończeniu. Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów, ale forma wywołała u mnie wyjątkowo nieprzyjemne skojarzenia i sprawiła, że czułam się bardzo niekomfortowo.
Było to mocne, szokujące i, w mojej opinii, zupełnie niepotrzebne. A może właśnie takie miało być? Może miało coś przekazać? Wyjdę na ignorantkę, ale do dziś nie wiem, jaki miał być tego morał i co reżyser chciał osiągnąć.
Nie zmienia to faktu, że sztuka zakończyła się długimi owacjami na stojąco. I to całkowicie zasłużonymi.
Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na ZlotePrzeboje.pl!