Hit lat 90. nagrywał do samego końca. "Freddie z trudem trzymał się na nogach"
Dwa lata po odejściu legendarnego Freddiego Mercury’ego, zespół Queen powrócił, by dokończyć największe dzieło. Album "Made in Heaven" to coś więcej niż zbiór piosenek. Ro wzruszający testament i hołd dla niezłomnego frontmana, który tworzył do samego końca. Poznajcie kulisy powstawania jednej z najsłynniejszych płyt świata.
- Poznaj kulisy tworzenia ostatniego albumu Queen z Freddiem Mercurym.
- Wokalista nagrywał legendarne partie w studiu niemal do ostatnich dni życia.
- Album wykorzystuje nie tylko nowe utwory, ale i nagrania solowe oraz archiwalne.
6 listopada 1995 roku światło dzienne ujrzał piętnasty i zarazem ostatni album studyjny w klasycznym składzie Queen – "Made in Heaven". Wydawnictwo miało ogromny ładunek emocjonalny, niosąc ze sobą tematykę miłości i śmierci, które zostały połączone w spójny sposób. Płyta szybko zdobyła serca fanów, a w Polsce została dwukrotnie nagrodzona statusem platynowej płyty.
Rozwiąż quiz. Jesteś mistrzem, jeśli zgarniesz 100 proc. punktów! Dalszą część artykułu znajdziesz pod quizem…
Quiz: Quiz. Odgadnij utwór Queen po trzech słowach. 16/20 tylko dla fana!
Ostatnia płyta Queen. Mercury nagrywał pomimo choroby
Freddie Mercury, choć bardzo chory, wykazał się niezwykłą siłą i determinacją, pracując w studiu niemal do ostatnich dni. Zespół dostosował się do jego potrzeb, urządzając studio w Montreux w Szwajcarii tak, by mógł pracować, gdy tylko czuł się na siłach. Plan polegał na tym, aby nagrać partie wokalne, zanim jego stan zdrowia uniemożliwi mu śpiewanie.
Brian May wspominał, jak wyglądało nagrywanie: pisał jeden wers tekstu, a Freddie, który z trudem utrzymywał się na nogach, próbował go nagrać cztery razy. Potem prosił o wódkę, by dodać sobie sił i kontynuować. Ostatnim utworem, do którego Mercury nagrał wokal, jest przejmujący "Mother Love". Niestety, wokalista nie zdążył dokończyć ostatniej zwrotki, którą ostatecznie zaśpiewał Brian May.
"Made in Heaven". Ostatnia płyta Queen, ale nie ostatnie piosenki
"Made in Heaven" nie składa się wyłącznie z nowych nagrań. To nietypowo skomponowany album, w którym wykorzystano też starsze, a nawet solowe utwory muzyków. Partie wokalne do piosenek "Made in Heaven" i "I Was Born to Love You" pochodzą z solowego albumu Mercury’ego, "Mr. Bad Guy", a resztę instrumentarium dograno po 1991 roku.
Inną aranżację otrzymał również utwór "My Life Has Been Saved", który wcześniej pojawił się jako strona B singla "Scandal" w 1989 roku.
Na płycie znalazła się także piosenka "Let Me Live", której początki sięgają sesji do albumu "The Works" z 1983 roku, a pierwotnie miała być nagrana z Rodem Stewartem i Jeffem Beckiem.
Z kolei utwór "It's a Beautiful Day" powstał w czasie sesji nagraniowej do płyty "The Game" z 1980 roku, ale został zmieniony przez zespół w latach 1993/94. Praca nad albumem była "prawdziwą pracą z miłości", jak ujął to Brian May, a jej efektem jest dzieło uznawane przez niego za najlepsze w dyskografii Queen.
Hołd i pożegnanie. Wyjątkowe zakończenie albumu
Album zamyka 22-minutowy instrumentalny utwór, nieoficjalnie nazywany "Track 13" lub "Untitled". Ambientowa, relaksacyjna kompozycja, stworzona przez Briana Maya, Rogera Taylora i producenta Davida Richardsa, jest interpretowana przez fanów jako symboliczna wizja drogi Freddiego Mercury’ego do nieba.
Wcześniej, w utworze "Mother Love", pojawiają się też fragmenty archiwalnych nagrań koncertowych oraz singla, który zespół nagrał pod pseudonimem Larry Lurex.
Okładka płyty jest równie symboliczna. Przedstawia rzeźbę Freddiego Mercury’ego na tle Jeziora Genewskiego o świcie. Obraz nawiązuje do widoku z okien domu w Montreux, gdzie wokalista stworzył utwór "A Winter's Tale". Ostatecznie, "Made in Heaven" to arcydzieło, które stanowi godny i wzruszający finał historii Queen z Freddiem Mercurym.
"Made in Heaven" to jeden z najbardziej osobistych i wzruszających albumów w historii muzyki. Powstał z miłości i szacunku pozostałych członków Queen dla zmarłego przyjaciela. Płyta, pełna dramatyzmu i piękna, jest potężnym pożegnaniem z legendą. To dzieło, którego po prostu trzeba doświadczyć, by w pełni docenić jego wyjątkowość.