advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
Włącz radio

Ciarki żenady to tylko początek. Tak po 18 latach brzmi pierwszy album Dody

7 min. czytania
27.03.2025 06:30
Zareaguj Reakcja

Doda to jedna z najpopularniejszych postaci polskiego show-biznesu. Media i fani niemal bez przerwy interesują się jej życiem. Nieudane związki, kontrowersje i skandale to stałe elementy w uniwersum ciechanowskiej gwiazdy. Można wręcz zapomnieć na chwilę, że jest piosenkarką. Na scenie obecna jest od lat, a ostatnio coraz częściej zapowiada koniec kariery muzycznej. To dobra okazja, by przypomnieć sobie jej pierwszy solowy album.

Tak zestarzał się debiut Dody
fot. Kadry z teledysku / Doda - "Nie daj się" / YouTube @Doda_Official
  • Album "Diamond Bitch" sprzedał się w ponad 45 tys. egzemplarzy.
  • Piosenka "Katharsis" nawiązuje do relacji z Radosławem Majdanem.
  • Oto moje wrażenia po przesłuchaniu albumu w 2025 roku.

Doda jest gwiazdą, obok której niewiele osób jest w stanie przejść obojętnie. Jedni zachwycają się jej zdolnościami wokalnymi, innym imponuje jej bezkompromisowość. Sam z nieukrywaną satysfakcją oglądałem jej rozmowę z Krzysztofem Stanowskim w Kanale Sportowym, gdzie piosenkarka niejednokrotnie "wyjaśniła" guru dwudziestokilkuletnich mistrzów "chłopskiego rozumu". Jednocześnie wiele osób nie cierpi jej za styl bycia, kontrowersje i skandale. Czasem można wręcz zapomnieć, że jest przecież wokalistką, a nie jedynie celebrytką przez wielkie C.

Powrót do przeszłości. Doda otworzyła nowy rozdział

Ostatnie lata to zdecydowanie dobry czas dla Dody. Największa w karierze trasa koncertowa, świetnie przyjęte przez słuchaczy single i dwa własne programy w Polsacie. Rabczewska miała co robić. Od jakiegoś czasu co i rusz zapowiada też zakończenie kariery muzycznej. Czy faktycznie przejdzie na emeryturę, to się okaże. Zanim to jednak nastąpi, wróciłem do dawnych lat i jej debiutanckiej płyty solowej.

"Diamond Bitch", bo taki właśnie nosi tytuł pierwszy album Dody, ukazał się w 2007 roku. Od razu trafił na szczyt listy sprzedaży OLiS, co nie jest niczym zaskakującym. Nowości od wielkich gwiazd niemal zawsze debiutują na pierwszym miejscu, więc nie jest to żaden wyznacznik sukcesu. Ale nie da się ukryć, że płyta sukcesem była. W 2008 roku doczekała się edycji specjalnej, a łącznie sprzedała się w ponad 45 tysiącach egzemplarzy. Ładny wynik.

Słuchaczom "Diamond Bitch" się spodobało. Fani Dody byli wniebowzięci, a piosenki często grano w radiach. Krytykom daleko było jednak do zachwytów. Wystarczy przytoczyć recenzję Marka Świdrowicza w magazynie "Teraz Rock", gdzie nazwał płytę "kiczowatą i cukierkową", a utwory określił mianem "niezbyt ambitnego popu", wystawiając ocenę 2/5. Słabo, ale nie zawsze przecież warto kierować się opiniami innych, najlepiej sprawdzić samemu. Więc sprawdziłem.

Życiowe dramaty przekute w kicz

Wydaje mi się, że wiele gwiazd może mieć problem z tym, że ktoś nazywa ich twórczość kiczem. Choć według mnie nie ma w tym nic złego. Dobrze zaprezentowany kicz może być czymś fantastycznym. Oczywiście, jeśli nie traktuje się kiczowatego utworu zbyt poważnie. Jest jeszcze lepiej, jeśli sami twórcy czy twórczynie nie podchodzą do tego spięci jak plandeka na żuku. Problemem jest jednak to, że sporej części artystów brakuje dystansu do własnej twórczości i potem wychodzi to, co wychodzi.

A co wychodzi? Chociażby "Diamond Bitch". Przed premierą płyty Doda miała na głowie sporo spraw z życia prywatnego. Rozstała się z Radosławem Majdanem, rozstała się z VIrgin, pozwała Mieszka z Grupy Operacyjnej za to, że nazwał ją "blacharą" w jednej z piosenek, dziennikarze często ją krytykowali, a społeczeństwo było, delikatnie mówiąc, niemiłe. To naprawdę wiele, ale, jak przystało na artystkę, Doda postanowiła przelać uczucia na utwory.

W ten sposób dochodzimy do właściwej treści. Doda, zainspirowana dramatycznymi doświadczeniami, napisała dziesięć piosenek (jedenaście, jeśli licząc edycję specjalną). Pierwszym singlem promującym album była ballada "Katharsis", kierowana do Radosława Majdana. Autorka śpiewa o zakończeniu związku, rozczarowaniu, żegna się z partnerem. "Pisząc to nie czuję siły tej, / Która rozpierała mnie, / Gdy poznałam Cię" – wybrzmiewa w tekście. Jest to kiczowate i podane w typowo, z barku lepszego określenia, "radiowy" sposób. Proste, a momentami naprawdę koszmarne, rymy to uczucie tylko potęgują. Choć podejrzewam, że nastolatkom ze złamanymi sercami bardzo się spodobało.

Wchodząc głębiej w uniwersum Dody

Drugim singlem z płyty była piosenka "To jest to". Tym razem Doda śpiewa o tym, że gdyby straciła sławę, pieniądze i miłość, dalej byłaby tą samą osobą. Artystka staje w opozycji do demonicznego świata show-biznesu, który niejednokrotnie powodował, że ludzie się zmieniali. Autorka wyraża w utworze obawy, że "dorosłość zniszczy cię" oraz zauważa, że "z biegiem lat coraz mniej radości w nas". Można by się nawet wzruszyć, gdyby tekst nie był napisany tak topornie, a jednocześnie nie brzmiał, jakby przekazywał jakąś prawdę objawioną.

Co ciekawe, "To jest to" doczekało się też wersji akustycznej. Doda wykonała ją w programie "Teraz my!", emitowanym w TVN. Żeby tego było mało, piosenkę zaśpiewała specjalnie dla premiera Donalda Tuska. Czy tekst dał mu do myślenia? Tego się raczej niestety nigdy nie dowiemy. Warto też dodać, że utwór nie trafił na reedycję "Diamond Bitch" ze względu na podejrzenia o plagiat. To może się jednak zdarzyć każdemu, nie ma co roztrząsać.

Natomiast piosenka "Ostatni raz ci zaśpiewam" nie była kierowana do żadnego polityka, a znów do Radosława Majdana. Doda śpiewa o tym, jak wiele gotowa jest poświęcić dla prawdziwej miłości. Przyznaje też, że ma wiele wad i nie jest święta, ale wybrankowi oddałaby świat. Prosi też: "Zrób wszystko, bym nie bała się słów / Kocham cię". Ballada, jak się patrzy. Taylor Swift nie pogardziłaby takim utworem. Czy to dobrze, czy źle? Nie wiem, choć się domyślam.

Na płycie, mówiącej o trudnych doświadczeniach, nie mogło zabraknąć piosenki zatytułowanej "Judasze". XXI wiek pełen jest fałszywych ludzi, zdrad, wbijania noży w plecy i poprawiania kopniakiem. Doda również się z tym spotkała. Skierowała utwór do Tomasza Luberta, lidera Virgin. Gdyby nagrywała rap, można by powiedzieć, że napisała diss. Choć tekstowi daleko jest do tego, co ze słowem robią najlepsi raperzy, warto pogratulować odwagi. Napisać coś takiego nieironicznie, wymagało ogromnej wiary we własne umiejętności. "Judasze" śmiało mogli robić w 2007 roku za hymn wszystkich, którzy kiedykolwiek poczuli się oszukani. Dobrze pasowałby też jako tło do któregoś z odcinków "Królowej przetrwania".

Wielki hit Dody był jej wizytówką przez długi czas

Pisząc o "Diamond Bitch" nie można zapomnieć o wielkim hicie. Piosence, która grana była niemal wszędzie. Piosence, która do dziś potrafi wracać jak bumerang. Piosence, która wpada w ucho i nie chce wyjść, a jednocześnie irytuje jak mało co. Mowa oczywiście o "Nie daj się". Doda napisała utwór, będący motywatorem dla niejednej osoby. Energetyczne, pop-rockowe brzmienie, prosty tekst, który łatwo zapamiętać i przekaz trafiający do każdego. To przepis na sukces i zawojowanie polskiego rynku muzycznego.

Ten numer przez wiele lat był niejako wizytówką Dody. Znali go wszyscy, nawet jeśli nie chcieli. Słuchała go twoja mama, babcia, dziadek, brat, siostra i jej koleżanki z klasy. Była to też pożywka dla wszystkich domorosłych ekspertów, lubiących mówić, że "kiedyś to były czasy, a dziś to nie ma czasów". Skoro wszyscy słuchają miałkiej, kiczowatej piosenki o niepoddawaniu się, znaczy, że muzyka poszła w złą stronę. Z czym oczywiście się nie zgadzam, The Beatles i The Rolling Stones wcale nie mieli lepszych tekstów, a o brzmieniu też można podyskutować.

Nie samymi hitami Doda żyje

Hit hitem, ale na "Diamond Bitch" jest oczywiście jeszcze kilka innych piosenek, które jednak nie zdobyły aż takiego rozgłosu. A potencjał do podbijania list przebojów był. Niemal wszystkie kompozycje na płycie są bowiem skrojone pod przeciętnego słuchacza, w czym nie ma nic złego. Bolesne jest jednak to, że ich jakość często pozostawia wiele do życzenia. Weźmy chociażby "Rany". Doda znów motywuje słuchaczy i błyskotliwie zauważa, że czas leczy rany. "Odnalazłam sens życia / Odnalazłam go / Jedna miłość umiera / By moc zastąpić ją" – śpiewa, a w teledysku pręży się w bieliźnie, co idealnie współgra z tekstem dającym nadzieję i ówczesnym wizerunkiem ciechanowskiej gwiazdy.

Skoro tak sobie trochę żartuję, to trzeba sięgnąć po kolejny mocny utwór. "Prowokacja" to piosenka skierowana do natrętnych dziennikarzy, którzy interesują się życiem Dody, a nawet nie wiedzą, jaka jest naprawdę. W tekście daje jednak znać, że "nigdy nie złamiesz mnie". To dobrze, że artystka nie przejmuje się tym, co piszą o niej w mediach. Dobrze też, że nagrała o tym całą piosenkę, by pokazać wprost mediom plotkarskim, że "kłamstwem jeszcze nikt nie wygrał". Ten numer z pewnością byłby współczesnym hitem, gdyby nagrała go popularna influencerka.

Na albumie znajduje się też utwór skierowany wprost do fanów. Piosenka zatytułowana po prostu "Dziękuję", jak można się domyślić, jest podziękowaniem dla wiernych słuchaczy oraz przyjaciół. Doda śpiewa: "W dobie zawiści, zazdrości, kłamstw / Byli przejrzyści jak szkło", co pokazuje, jak ważne są dla artystki relacje z odpowiednimi ludźmi. Z kolei odbiorcy, którzy ją wspierają, mogą poczuć się dzięki tej kompozycji docenieni przez gwiazdę. W końcu, jak przystało na popularną piosenkarkę, Rabczewska również robi wszystko dla fanów.

Polacy kochali ten album. Dziś nie jest zbyt dobry

"Diamond Bitch" jest albumem, który zestarzał się przeraźliwie. Doda z 2007 roku sprawia wrażenie tekściarki, która wie, że musi napisać piosenkę, ale nie do końca wie, jak to zrobić. Muzycznie z kolei jest to swego rodzaju mariaż tego, co robiła w Virgin, z popularnymi wówczas trendami. Słuchanie tej płyty w 2025 roku przyprawia o ciarki żenady. Oczywiście, istnieje rodzaj żenady, który jest w pewnym sensie przyjemny, śmieszny, naiwny. Jednak nie w tym przypadku.

Jestem w stanie wybaczyć muzyce naprawdę wiele. Ich Troje to idealny przykład dobrej żenady i przyjemnego kiczu. Doda na "Diamond Bitch" wydaje się natomiast traktować wszystko zbyt poważnie, przez co dziś album jest śmieszny w złym tego słowa znaczeniu. Artystka wykreowała na nim uniwersum, w którym chyba wszyscy są przeciwko niej. Próbuje pokazać jednocześnie, jak bardzo jej to nie rusza, rzucając wielkie słowa o zdradach i Judaszach. Teksty, które wyśpiewuje, śmiało wypowiedzieć mogliby uczestnicy patologicznych gal MMA albo taniej telenoweli. 

Podsumowując obcowanie z "Diamond Bitch", można by rzucić frazesem, że przeciętny słuchacz na niczym się nie zna i zupełnie nie interesuje go jakość muzyki. Tylko to nie ma sensu. Gdyby Doda nagrała dobrą płytę, sprzedałaby się tak samo. To raczej nie jest problem z podejściem Polaków do muzyki, a do idoli. Fani są w stanie pokochać najgorsze rzeczy, które tylko wyjdą spod pióra ukochanych przez nich gwiazd. I nie ma znaczenia, czy mówimy o Dodzie, Ich Troje czy The Rolling Stones, Szymborskiej albo Smarzowskim. Siła nazwiska.

Pierwsza solowa płyta Dody to nie jest muzyka na dzisiejsze czasy. Jest przestarzała, teksty są naiwne, miałkie, a napisane tak, jakby wyjawiały głęboko ukrytą, niezwykle tajemną prawdę o świecie i relacjach międzyludzkich. Piosenki wpadały jednak w ucho słuchaczom te osiemnaście lat temu. Wiele osób darzy je sentymentem, a z tym nie ma co dyskutować. Nostalgia bywa tak silna, że w połączeniu z miłością do gwiazdy jest w stanie podkolorować wszystkie, nawet największe mankamenty. Na szczęście dziś Doda jest już nieco inną artystką. Raczej nie nagra znów czegoś podobnego do "Diamond Bitch". Tym bardziej, jeśli zapowiedzi końca kariery okażą się realnym działaniem, a nie jedynie czczym gadaniem.

Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na ZlotePrzeboje.pl!