advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
Włącz radio

Zmarnował potencjał, by powiedzieć coś ważnego. "Wielki marsz" to nie jest arcydzieło

4 min. czytania
21.09.2025 08:25
Zareaguj Reakcja

"Wielki marsz" mógł być czymś ważnym. Opowieścią niosącą istotny przekaz, jednocześnie ostro krytykującą ślepy patriotyzm, bezsensowny kult ciężkiej pracy i kapitalizm. Zamiast tego jest momentami patetyczną opowieścią w świecie, o którym wiemy zbyt mało. Nie jest źle, ale do arcydzieła najnowszej produkcji Francisa Lawrence’a daleko.

Recenzja filmu "Wielki marsz"
fot. Kadr ze zwiastuna filmu "Wielki marsz"
  • “Wielki marsz” to ekranizacja powieści Stephena Kinga.
  • Film Francisa Lawrence’a zmarnował potencjał interesującej historii.
  • Mogło być świetnie, jest tylko okej.

Jest wiele wyśmienitych dzieł, w których mamy do czynienia z motywem śmiertelnej gry. Tysiącom osób słusznie na myśl przyjdzie od razu hitowe "Squid Game" od Netfliska. Inni wskażą serię slasherów "Piła", a kolejni przytoczą kultowe "Battle Royale". Poza tym mamy jeszcze "Alice in Borderland", "Kaiji: Ultimate Survivor" czy nieco moim zdaniem niedoceniony "Would You Rather".

Jeśli szuka się czegoś w tych klimatach, naprawdę jest w czym wybierać. Jedne produkcje są świetne, inne przynajmniej oryginalne. "Wielki marsz" też jest "jakiś". Jakiś taki nijaki, ani dobry, ani zły, ot – istnieje.

Nie ma czasu na opłakiwanie śmierci 

"Wielki marsz" jest adaptacją powieści Stephena Kinga pod tym samym tytułem. Ekranizacji książek słynnego pisarza otrzymaliśmy już wiele. Spora część z nich nie jest niczym wybitnym i tak też jest w przypadku tej najnowszej.

Reżyser Francis Lawrence ma na koncie kilka filmów z cyku "Igrzyska śmierci". Ma więc jednocześnie doświadczenie w kręceniu dystopijnych produkcji z motywem śmiertelnych gier. I jak dzieła na podstawie powieści Suzanne Collins są w wielu kręgach kultowe, tak jego najnowszym twór raczej nigdy nie będzie szczycił się podobnym mianem.

Zacznijmy od krótkiego przytoczenia, o co w ogóle w "Wielkim marszu" chodzi. Pięćdziesięciu młodych ludzi zgłasza się do udziału w tytułowym marszu. Muszą iść przez cały czas, nie wolno im się zatrzymywać ani zwalniać poniżej określonego tempa. W przeciwnym razie zostaną zabici. Cała gra kończy się w momencie, gdy zostanie tylko jeden uczestnik. Zwycięzca otrzymuje nagrodę pieniężną oraz możliwość spełnienia życzenia.

Redakcja poleca

Jak można się domyślić, w "Wielkim marszu" śmierci jest sporo. Nierzadko pokazana jest w brutalny sposób. Jednocześnie widzowie nie mają zbyt wiele czasu, aby w pewnym sensie pogodzić się z odejściem kolejnych bohaterów. Uczestnicy maszerują cały czas, a my niejako razem z nimi. Pokazuje to także, jak poszczególne śmierci są mało istotne dla systemu panującego w tamtejszym świecie.

Oglądaj

To mogła być solidna krytyka, wyszedł patetyzm

O samym świecie nie wiadomo zbyt wiele. Wiemy, że marsz śledzą widzowie w całym kraju, wiemy, że ma to zwiększać PKB, żeby Ameryka znów była potężna. Ale to w zasadzie tyle.

Zabrakło mi choć trochę większej ekspozycji na to, w jakim kraju żyją bohaterowie czy jak reagują na to wszystko widzowie. Fakt, w filmie mogliśmy zobaczyć kilku gapiów, którzy beznamiętnie obserwują maszerujących na śmierć uczestników, ale było tego zdecydowanie za mało

Sam pomysł na ten rodzaj śmiertelnej gry jest naprawdę interesujący. Można by odczytywać wędrówkę bohaterów jako krytykę bezsensownej pracy, gdzie kapitał wyciska pracowników jak cytrynę, do cna, byle słupki pokazywały wzrost.

Z innej strony marsz opakowany jest w militarną otoczkę. To z kolei jawi się jako krytyka wojny. Zwykli ludzie traktowani są jako mięso armatnie w grze, którą toczą władcy. Umierają kolejno, aż nie zostanie jeden z nich.

Redakcja poleca

Mam jednak wrażenie, że - choć można tak odczytywać przedstawioną historię - wydźwięk ten nie jest na tyle solidny, by wywrzeć jakiekolwiek wrażenie. Wiele scen jest za to pełnych patosu, który ma wywołać w widzach wzruszenie, ale w pewnym momencie jest tego już zbyt wiele.

Relacje między bohaterami stają się dziwnie płytkie, choć zamiary twórców były inne. Rzucają hasłami o braterstwie, poszukiwaniu światła, odpuszczeniu zemsty. W całym tym śmiertelnym marszu wydają mi się tracić człowieczeństwo. Bynajmniej nie przez wyczerpującą wędrówkę, a zachowania kojarzące się z bohaterami tandetnych amerykańskich filmów o wojnie.

"Wieki marsz" zaskakuje przewidywalnością

Film na pewno dobrze trzyma się pod względem aktorskim. Postaci zagrane są dokładnie tak, jak powinny. Tych, których mamy nie lubić - nie lubimy. Tym, którym mamy kibicować - kibicujemy. Aktorzy są całkiem naturalni, a przynajmniej na tyle, na ile pozwala im scenariusz.

Z kolejnymi kilometrami bohaterowie, tak jak wspominałem, robią się stereotypowi. Zresztą cała historia z czasem robi się zaskakująco przewidywalna. Naprawdę nie spodziewałem się, że ostatnie minuty będą takim zawodem. Finał zostawił we mnie pytania: "To już? Tylko tyle?".

W sieci spotkałem się z naprawdę optymistycznymi opiniami. Wielu widzów pisze, że "Wieki marsz" to ich zdaniem najlepszy film, który jednak obejrzą tylko raz. Z pierwszą częścią się nie zgodzę, z drugą natomiast w stu procentach. To nie jest dzieło, które chce się zobaczyć ponownie. Nie ma w nim aż tyle, by znów poświęcać na nie prawie dwie godziny.

Redakcja poleca

Ostatecznie "Wielki marsz" nie jest złym filmem. Może się podobać. Momentami trzyma w napięciu, śmierć jest brutalna, a bohaterów da się polubić. Nie ma tam jednak niczego głębszego.

To oczywiście nie jest niczym złym. Nie wszystko musi nieść arcyważną krytykę zastanego systemu, wojny czy ludzkiej chciwości. Mam jedynie problem z tym, że produkcja Francisa Lawrence’a początkowo właśnie na taką mi wyglądała. Z każdym krokiem postawionym przez uczestników marszu ten czar niestety pryskał.

"Wielki marsz" można obejrzeć bez poczucia straconego czasu. Nic się też nie stanie, jeśli się go odpuści. Ten film nie zaskoczy zwrotami akcji ani raczej nie zmieni czyjegoś życia. W tej historii tkwił potencjał na coś więcej. Niestety, dostaliśmy po prostu solidną produkcję, o której szybko się zapomni. Kolejna ekranizacja prozy Stephena Kinga, która po prostu istnieje. No i fajnie.

Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na ZlotePrzeboje.pl!