Myśleli, że dla Queen to koniec! Hit lat 80. przeraził fanów
29 kwietnia 1985 roku premierę miał pierwszy i jedyny solowy album Freddiego Mercury zatytułowany "Mr. Bad Guy". Dokładnie 40 lat temu pokazał światu swoje inne oblicze. Nie odcinał się od Queen, lecz otwierał nowy, bardzo osobisty rozdział, w którym mógł mówić własnym głosem i eksperymentować bez kompromisów.
- "Mr. Bad Guy" to pełen emocji i muzycznej różnorodności solowy debiut Freddiego Mercury’ego.
- Album powstawał niemal dwa lata.
- Mimo umiarkowanego sukcesu komercyjnego płyta była spełnieniem artystycznym artysty.
Gdy Freddie Mercury postanowił nagrać solowy album, nie chodziło o zerwanie z Queen, lecz o osobistą podróż, której nie mógł odbyć jako członek zespołu. "Miałem mnóstwo pomysłów, które chciałem zrealizować, i było wiele obszarów muzycznych, które chciałem zbadać, czego nie mogłem zrobić w Queen" – tłumaczył powody tej decyzji, czego dowiadujemy się za sprawą muzyka.interia.pl. Efektem była płyta "Mr. Bad Guy", która swoją premierę w Wielkiej Brytanii miała 29 kwietnia 1985 roku, dokładnie czterdzieści lat temu.
Rozwiąż quiz. Jesteś mistrzem, jeśli zgarniesz 100 proc. punktów! Dalszą część artykułu znajdziesz pod quizem...
Quiz: Quiz. Odgadnij utwór Queen po trzech słowach. 16/20 tylko dla fana!
Album ten to w pełni autorski projekt Freddiego Mercury'ego – emocjonalny, zróżnicowany, miejscami ekstrawagancki, a zarazem zaskakująco intymny. Sam artysta opisywał go jako dzieło serca.
W ten album włożyłem całe serce i duszę. Jest znacznie bardziej rytmiczny niż muzyka Queen, ale znalazło się na nim także kilka wzruszających - jak sądzę - ballad. Wszystkie piosenki traktują o miłości, mają wiele wspólnego ze smutkiem i bólem. Jednocześnie są dość trywialne i żartobliwe - takie, jak moja natura — czytamy na wspomnianej stronie.
W tekstach odsłaniał się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, sięgając do osobistych doświadczeń, także tych bolesnych i niejednoznacznych.
Freddie Mercury odsunął się od stylistyki zespołu
Muzycznie "Mr. Bad Guy" był radykalnym odejściem od rockowej stylistyki Queen. Freddie Mercury zanurzył się w dźwiękach disco, dance i popu, nie unikając też eksperymentów z reggae czy orkiestracją rodem z sal koncertowych. Chciał, by album był jak jego charakter – nieprzewidywalny, z przymrużeniem oka, ale też pełen emocji. "Chciałem, aby był możliwie maksymalnie różnorodny stylistycznie" – mówił otwarcie, przyznając, że nie zamierzał zadowalać nikogo poza sobą.
Prace nad albumem trwały niemal dwa lata. Freddie Mercury był perfekcjonistą, a nad jego wizją czuwał Reinhold Mack – producent znany z wcześniejszej współpracy z Queen przy kontrowersyjnej płycie "Hot Space". Pomagali też muzycy sesyjni, w tym Fred Mandel, Curt Cress czy Jo Burt – ten ostatni prywatnie związany był z byłą partnerką Mercury'ego Mary Austin.
Jak grom z jasnego nieba
Jednym z najbardziej przejmujących momentów albumu jest utwór "Love Me Like There's No Tomorrow", dedykowany austriackiej aktorce Barbarze Valentin. Właśnie z nią Freddie Mercury dzielił życie w Monachium na początku lat 80. – jednak związek zakończył się kilka miesięcy po premierze płyty. Ich relację i nagłe rozstanie Valentin określiła słowami: "Byliśmy nierozłączni, aż tu nagle w jednej chwili nastąpiło rozstanie" - powiedziała w rozmowie z pisarką Lesley-Ann Jones.
Choć płyta była spełnieniem artystycznym, nie zdobyła uznania na miarę Queen. Debiutując na 6. miejscu brytyjskiej listy, szybko spadła z zestawienia. W USA poradziła sobie jeszcze gorzej – dotarła ledwie do 159. pozycji. Ale Freddie Mercury zdawał się tym niespecjalnie przejmować. Jak twierdził jego producent, ważniejsza od reakcji publiczności była dla niego wolność twórcza.
Dedykacja, którą pokazał siebie w całości
W charakterystycznym dla siebie stylu Freddie Mercury zwieńczył album osobliwą dedykacją: "Specjalne podziękowania dla Briana, Rogera i Johna za nie wtrącanie się. Specjalne podziękowania dla Mary Austin, Barbary Valentin za wielkie cyce i złe prowadzenie się, Winnie [Kirchbergerowi] za wikt i opierunek. Ten album dedykuję mojemu kotu Jerry'emu - także Tomowi, Oscarowi i Tiffany i wszystkim miłośnikom kotów we wszechświecie - chrzanić pozostałych". To podsumowanie, zadziorne i ironiczne, jak sam Mercury, doskonale oddaje ducha tego projektu.
Zaledwie dwa i pół miesiąca po premierze "Mr. Bad Guy", świat zobaczył Freddiego Mercury'ego znów w pełnej krasie podczas legendarnego koncertu Live Aid w lipcu 1985 roku. To właśnie wtedy Queen udowodnił, że charyzmatyczny wokalista nie musi wybierać między sobą a zespołem. Fani odetchnęli z ulgą, a jego solowy debiut pozostał osobnym, niezależnym rozdziałem – artystycznym wyznaniem, którego Mercury potrzebował.
Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na ZlotePrzeboje.pl!