To najdroższa płyta swoich czasów. Uratowała Queen przed bankructwem
Queen jest zespołem, który – niezależnie od preferencji muzycznych – znają chyba wszyscy. Ma w dorobku albumy, które urosły na światowej scenie do miana kultowych. Szczególnie tyczy się to "A Night at the Opera", który ukazał się pół wieku temu. Przeanalizujmy, co sprawiło, że omawiane wydawnictwo stało się tak ważne dla muzyki. W czym tkwiła jego siła?
- Queen jest zaliczany do ścisłej czołówki najbardziej znanych i cenionych zespołów wszech czasów.
- Wydał wiele słynnych albumów, ale tym przełomowym (pod wieloma względami) był "A Night at the Opera".
- 50 lat po premierze tej płyty zastanawiamy się nad tym, w jakim stopniu pomogła zdefiniować i zrewolucjonizować muzykę lat 70., a także w jakim stopniu wpłynęła na los zespołu.
Queen to bezsprzecznie jedna z najbardziej znaczących marek muzycznych na świecie. Liczne nagrody, hity pokroju "Bohemian Rhapsody", "Don't Stop Me Now", "Another One Bites the Dust", "I Want to Break Free" czy "We Will Rock You" oraz ok. 300 mln sprzedanych płyt i singli – to mówi samo za siebie.
Rozwiąż quiz o Queen. Jesteś mistrzem, jeśli zgarniesz 100 proc. punktów! Dalszą część artykułu znajdziesz pod quizem...
Quiz: Quiz. Jak dobrze znasz Queen? Za 19/20 śpiewamy "We are the champions"!
Skoro już przy płytach jesteśmy – niezwykle ważnym krążkiem w dorobku Freddiego Mercury'ego, Briana Maya, Rogera Taylora i Johna Deacona stał się "A Night at the Opera". Niedawno minęło 50 lat od jego premiery, jako że ta miała miejsce 21 listopada 1975 r.
Wielki sukces Queen pozwolił uciec spod topora
"A Night at the Opera" to czwarty album powstałego w 1970 r. Queen. Promowany singlami "You're My Best Friend" i monumentalnym "Bohemian Rhapsody" krążek w wielu krajach – w tym w rodzinnej Wielkiej Brytanii – dotarł na 1. miejsce listy przebojów i pokrył się kilkukrotnie platyną, a w USA uplasował się na 4. miejscu. Z czasem nabrał jeszcze większego znaczenia.
Był dla zespołu Queen przełomowy pod kilkoma względami. Był pierwszym, który zaszedł tak wysoko. Spora w tym zasługa wspomnianego wcześniej "Bohemian Rhapsody", które – choć dwa razy dłuższe niż przeciętny singiel – urosło do rangi ogromnego fenomenu i jednego z najbardziej rozpoznawalnych utworów wszech czasów.
Jak podkreślił w rozmowie z nami dziennikarz Radia Złote Przeboje Kacper Sosnowski, "A Night at the Opera" stał się "jednym z najważniejszych albumów, który utrzymał grupę przy życiu". Dlaczego? Ze względów finansowych:
Wcześniej zespół był biedny jak mysz kościelna, pomimo że dwie poprzednie płyty "doczłapały" do pierwszej dziesiątki brytyjskiej listy przebojów. Jednak Queen był manewrowany, oszukiwany przez dotychczasową agencję producencką, z którą współpracował, i po prostu nie miał pieniędzy. W związku z tym dużo nagrywał, tworzył, grał koncerty, no i ledwo składał grosz do grosza na przeżycie.
Trzeba było rozwiązać umowę z agencją Trident i dotychczasowym menedżerem Normanem Sheffieldem, co zajęło dziewięć miesięcy i wiązało się z kosztami. Oznaczało jednak wolność i odzyskanie kontroli nad własnym katalogiem. Ostatecznie Queen związał się z EMI Records na Wyspach i Elektra Records w USA.
Z kolei nowy menedżer John Reid doradził muzykom, aby "weszli do studia i nagrali najlepszą płytę, jaką potrafią". Nie mieli wyjścia, jako że mieli nóż na gardle. Sam Brian May przyznał na łamach "Queen: Complete Works Revised and Updated":
Nagraliśmy wcześniej przeboje (w tym "Killer Queen" – przyp. red.), ale nie odzyskaliśmy pieniędzy i gdyby "A Night at the Opera" nie odniosło ogromnego sukcesu, myślę, że po prostu zniknęlibyśmy gdzieś pod oceanem. Więc nagrywaliśmy ten album, wiedząc, że to sprawa życia i śmierci.
Tak powstał album "A Night at the Opera"
Członkowie Queen usiedli w studiu z producentem Royem Thomasem Bakerem i w ekspresowym tempie wzięli się do pracy. Postanowili wykorzystać cały arsenał możliwości, jaki dawały im nowa wytwórnia i sprzęt w studiu.
Korzystając z nagrywania wielościeżkowego stworzyli bardzo złożone produkcje, szczególnie pod kątem wokalnym i gitarowym, co stało się ich znakiem rozpoznawczym. Cytowany przez "Sounds" Freddie Mercury przyznał kiedyś:
Narzuciłem sobie dyscyplinę. Zająłem się wokalami, bo to moja mocna strona – zwłaszcza harmonie i tego typu rzeczy. Na "Queen II" popadliśmy w obłęd. Ale na tym albumie świadomie się ograniczyłem. To ujawniło stronę kompozytorską i myślę, że to jedne z najmocniejszych utworów, jakie kiedykolwiek napisaliśmy.
Muzycy Queen sięgnęli też po zróżnicowane instrumentarium, obejmujące nawet gong, kotły, harfę, organy Wurlitzera czy kontrabas. Co więcej, w "Seaside Rendezvous" Mercury'ego pojawia się łącznik, w którym wokalista i Roger Taylor swoimi głosami naśladowali całą gamę instrumentów: od klarnetu, przez tuby i trąbki, po kazoo. Odgłosy stepowania to było z kolei... stukanie naparstkami nałożonymi na palce.
Przy takiej pomysłowości nic dziwnego, że stylistycznie też był eklektyzm – nie tylko hard rock i rock progresywny, ale i ballady, music hall, avant-pop, dixieland czy szanty. Jednak najbardziej innowacyjne jak na tamte czasy było połączenie rockowych wpływów z sekwencjami operowymi.
Różnorodność i kreatywność Queen były wyczuwalne także w tekstach – od miłości i złamanego serca, przez dylatację czasu, aż po science fiction. Nie brakowało tak poruszających słów, jak i humoru.
Album jest połączeniem rockowych monumentalnych dzieł jak "Bohemian Rhapsody" z takimi delikatnymi balladami jak "Love of My Life" – również wielki przebój koncertowy Queen. Jest brytyjski hymn w wersji gitarowej, który też wszedł do historii muzyki i został z zespołem na koncertach do końca – wymieniał Kacper Sosnowski z Radia Złote Przeboje.
Queen. Niespotykana mieszanka brzmień
Sam Brian May, cytowany przez "Sounds", ocenił kiedyś w kontekście "A Night at the Opera" Queen:
Jest tu kilka najcięższych utworów, jakie kiedykolwiek stworzyliśmy, ale prawdopodobnie też kilka najlżejszych. Album ten jest bliższy "Sheer Heart Attack" niż innym, ponieważ tworzy wiele różnych nastrojów, ale pracowaliśmy nad nim w ten sam sposób, co nad "Queen II". Wiele z niego jest bardzo intensywne i bardzo... wielowarstwowe.
Szybkie rockowe "Sweet Lady" i utrzymane w stylu vaudeville "Lazing on a Sunday Afternoon" to zupełnie inne światy, choć w obu May zastosował przez większość czasu rzadkie w muzyce rockowej metrum 3/4.
Kolejną ciekawostką jest to, że w drugim z utworów "megafonowe" brzmienie głosu uzyskano, puszczając przez umieszczone w wiadrze słuchawki nagrany wcześniej wokal.
Traktujące o konieczności empatii i współdziałania w celu przetrwania "The Prophet's Song" Maya zgrabnie łączy art rocka i rocka progresywnego. Natomiast w stworzonym na ukulele "Good Company" gitarzysta Queen nawiązywał do jazzowego stylu dixieland.
Na wyróżnienie zasługuje też niezwykle sprytnie zaaranżowane i płynne przejście między "Lazing on a Sunday Afternoon" i "I'm In Love With My Car".
Mało brakowało, a na płycie "A Night at the Opera" pojawiłoby się również słynne "We Are the Champions", ale – co trochę zaskakujące – Freddie Mercury uznał, że kawałek nie pasował do pozostałych.
"Najbardziej wyczerpujący etap"
Queen nagrał materiał w siedmiu różnych studiach na przestrzeni czterech miesięcy na przełomie lata i jesieni 1975 r. Jak sprecyzował Kacper Sosnowski:
Spora część materiału była nagrywana w różnych studiach solowo, czyli każdy nagrywał własną partię muzyczną, a potem to złożono – po to, żeby było szybciej, żeby nie zajmować jednego studia i nie czekać aż kolega skończy grać wszystko.
Jako że Queen ruszał w trasę koncertową i musiał przed nią poćwiczyć setlistę, na miksowanie albumu zostało tylko 36 godzin. Z kolei teledysk do "Bohemian Rhapsody" nagrano w cztery godziny.
Tak, lubię studio, choć to najbardziej wyczerpujący etap w mojej karierze. Jest tak wyczerpujący, psychicznie i fizycznie. Wysysa z ciebie powietrze. Czasami zadaję sobie pytanie, po co to robię. Po "Sheer Heart Attack" oszaleliśmy i powiedzieliśmy sobie: "Nigdy więcej". A potem spójrzcie, co się stało! – wspominał cytowany przez "Sounds" Freddie Mercury.
Tutaj jednak nie było wyjścia. Swoje frustracje związane z problemami finansowymi, które przyparły zespół Queen do muru, wokalista wylał w otwierającym "A Night at a Opera" utworze "Death On Two Legs".
To dedykacja dla menedżera (Normana Sheffielda) i agencji, z którymi Queen miał wcześniej umowę. Taka dość cięta piosenka z podtekstami i opisem, wylaniem tego całego zła, które wyrządzono Queen. To był rzeczywiście taki przytyk do tego, co działo się wcześniej. A ponieważ muzycy byli już wolni i wiedzieli, że to, co zrobią, to z tego będą czerpać, nabrali mocy, wrzucili szóstkę, wyjechali na autostradę i przez cztery miesiące stworzyli jedną z najlepszych płyt w historii muzyki – ocenił dziennikarz Radia Złote Przeboje Kacper Sosnowski.
Zbiorowy wysiłek i jego owoce
Kacper Sosnowski przypomniał jednocześnie ws. omawianego albumu Queen:
Tworzyli go wszyscy, co też było specyficzne, bo wcześniejsze piosenki pisali prawie wyłącznie Brian May i Freddie Mercury. Tymczasem tutaj John Deacon stworzył wspaniałą balladę "You're My Best Friend", która też była singlem i przebojem, a Roger Taylor napisał i zaśpiewał piękną piosenkę "I'm In Love With My Car".
Ze względu na z pozoru żartobliwy charakter hardrockowego "I'm In Love With My Car" May na początku odebrał piosenkę jako kawał, ale Taylor był z niej tak dumny, że po wielu bojach wywalczył jej miejsce B-side'u dla "Bohemian Rhapsody" na pierwszym singlu.
Z kolei wspomniany A-side skomponował (wraz z partiami wszystkich instrumentów, poza pierwszą solówką Maya) Mercury. Każdy z członków Queen nagrywał swoje partie, nie wiedząc, jak będą użyte w końcowym miksie.
Pierwotnie operowy fragment w utworze miał być tylko krótkim interludium, łączącym balladową część utworu z tą hardrockową, ale – początkowo w ramach żartu – Freddie wydłużył ją na tyle, że powstał jeden z najdłuższych singli.
Między innymi dlatego EMI nie było skore do wydania "Bohemian Rhapsody" na singlu. Tym, co przekonało wytwórnię był fakt, że widzowie programu Kenny'ego Everetta, który zaprezentował kopię utworu, zaczęli potem nalegać na puszczanie piosenki.
Co prawda, recenzje krytyków były mieszane, ale słuchacze byli jednogłośni. Dzięki nim singiel Queen przez dziewięć tygodni okupował szczyt notowań na Wyspach. Królował też w wielu innych krajach.
Wysoko, do TOP 15 w Wielkiej Brytanii i USA, zaszedł także drugi singiel: wspomniany wcześniej – napisany przez Deacona, a śpiewany przez Mercury'ego – "You're My Best Friend" (z uroczym szantowym kawałkiem "'39" na stronie B).
Tak odebrano "A Night at the Opera"
Z informacji BBC wynika, że nagranie i wydanie "A Night at the Opera", którego tytuł wzięto od filmu braci Marx, pochłonęło więcej pieniędzy niż jakiegokolwiek innego albumu na tamtym etapie. Mowa o 40 tys. funtów (obecnie 423 tys.).
Takie ryzyko ostatecznie się opłaciło. Do dzisiaj wydawnictwo rozeszło się w ponad 10 mln egzemplarzy. Przyniosło też Queen dwie nominacje do Grammy za "Bohemian Rhapsody".
Krytycy tuż po premierze też byli w większości oczarowani albumem. Według Raya Foxa-Cumminga z "Record Mirror & Disc" jest on "szybszy, bardziej efektowny i bardziej złożony" niż "Sheer Heart Attack".
Harry Doherty z "Melody Maker" podkreślił, że grupa "wykorzystała w pełni możliwości studyjne", dzięki czemu mogła "wyznaczyć przyszły kierunek brytyjskiego rocka".
Z kolei w magazynie "Grooves" wskazano – wymieniając "ostre operowe interludia i nagłe zmiany rytmu" – że krążek "przeczy konwencjom i umieszcza Queen w elitarnym kręgu prawdziwych supergwiazd".
Zdaniem Tony'ego Stewarta z "NME" był to "pokaz indywidualnych umiejętności kompozytorskich i kunsztu muzycznego" wszystkich członków Queen, co przyniosło "prawdopodobnie najlepszą płytę, jaka kiedykolwiek powstała w brytyjskim studiu".
Czy płyta Queen się "zestarzała"?
Z dzisiejszej perspektywy "A Night at the Opera" brzmi dobrze, ale czy rewolucyjnie? Wydaje się, że ta innowacyjność jest nieco mniej uderzająca i wyraźna niż w przypadku części innych wielkich zespołów.
Poczujemy ją naprawdę – a co za tym idzie, docenimy płytę w pełni – dopiero wtedy, kiedy weźmiemy pod uwagę rok powstania wydawnictwa. Bez tego Queen tak nas przyzwyczaił do swojego brzmienia, że bierzemy je za pewnik – za oczywiste stare dobre brzmienie.
Ten ostatni aspekt wskakuje jednak na pewne ważne kwestie. Zespół czerpał z różnych stylów, ale mieszał je tak płynnie i umiejętnie, że nie "gryzły się ze sobą", tylko brzmiały jak jedność.
Muzycy wzięli skrawki brzmień i pomysły z poprzednich albumów, pociągnęli je dalej i stworzyli z nich całą płytę z bardziej spójną wizją – nieco teatralną, umiejętnie łączącą rocka z elementami operowymi. Przy okazji stworzyli brzmienie, które w sporej mierze zdefiniowało ich karierę.
Opracowali bardzo oryginalny i wyrazisty własny styl, którego nie da się pomylić z żadnym innym zespołem. Nie oznacza to oczywiście, że wszystkie utwory brzmią tak samo (acz z pewnymi wyjątkami). Mają jednak w sobie coś takiego, iż od razu słychać, że to Queen.
Wpływ "A Night at the Opera" na muzykę jest niepodważalny. W końcu materiał z tej płyty (choć przede wszystkim w postaci singli) stał się kultowy i do dziś znają go wszyscy. Zainspirował też wielu innych artystów.
Po czasie krążek został uznany za arcydzieło. W 2020 r. na liście "500 najlepszych albumów wszech czasów" wg "Rolling Stone" uplasował się na 128. miejscu. Z kolei w 2018 r. trafił do Galerii Sław Grammy.