"Heweliusz" obudził polskie demony. Ta historia może zaboleć
Jan Holoubek i Kasper Bajon mają niezwykły dar wyzwalania emocji, które możemy zaliczyć do kategorii "typowo polskich". Najgłośniejsza premiera ostatnich lat – "Heweliusz" – to nie tylko opowieść o katastrofie promu. To także obraz ponurej i dzikiej Polski lat 90. Co więcej, to przede wszystkim wizerunek ludzi, którzy tworzyli tamten świat. Niestety, nie zawsze im to wychodziło.
- Heweliusz nie jest reportażem, ale oddaje emocje i realia lat 90. w Polsce.
- Obraz lat zaniedbań i piramidy kłamstw, które doprowadziły do tragedii.
- Autorzy zajmują się metaforycznym obrazowaniem, co może pomóc przedstawić prawdę.
Podobnie jak w przypadku "Wielkiej wody" i "Rojsta", Holoubek i Bajon perfekcyjnie malują obraz psychologiczny głównych, jak i pobocznych bohaterów. Efekt? Nawet jeśli nie pamiętamy tamtych wydarzeń, to tu i teraz może przemawiać przez nas złość, niechęć i brak zgody na niesprawiedliwość. To wszystko podlane koniecznością niesienia pomocy i przekonania, że "zrobiłbym to lepiej". Bardziej "polskich emocji" nie można znaleźć. "Heweliusz" zaskakuje nie tylko mianem pierwszej, prawdziwej polskiej produkcji katastroficznej.
"Heweliusz" nie jest reportażem. W co wierzyć autorom?
Najnowszy polski serial na Netfliksie nie należy do kategorii dokumentalnych. "Heweliusz" Jana Holoubka czerpie inspirację z rzeczywistości i jest zgodny z prawdą, ale niekoniecznie w dosłownym znaczeniu. Autorzy w wielu wywiadach przyznawali, że w produkcji nie brakuje metafor.
Nam zależało na tym, żeby ten "Heweliusz" trochę też się metaforyzował, że to jest trochę coś więcej niż opowieść tylko o statku, który się wywrócił. Żeby ludzie, którzy na przykład nigdy nie byli na promie albo nie mieli z promem nic wspólnego, albo z morzem, odnaleźli też siebie w tych historiach – na tym nam zależało. Więc ta prawda jest może nie zawsze prawdą w 100 procentach faktograficzną, bo nam na niej nie zależało, ale wydaje nam się, że jest taką prawdą egzystencjalną – skomentował Holoubek w rozmowie z Gazeta.pl.
"Heweliusz" opowiada o tragicznym rejsie, który rozpoczął się 13 stycznia 1993 roku w Świnoujściu. Statek kierował się do szwedzkiego Ystad. Spokojna podróż zamieniła się w koszmar, gdy jednostka natrafiła na potężny sztorm, zmuszając pasażerów i załogę do desperackiej walki z żywiołem. W tym samym czasie, na lądzie, rodziny zaginionych rozpoczęły heroiczną walkę. Nie tylko z bólem, ale i aparatem państwowym, usiłując odkryć całą prawdę o katastrofie i chronić pamięć o swoich bliskich.
To nie jest historia dla każdego. "Heweliusz" potrafi być bolesny
Najnowsza polska produkcja na Netfliksie na pewno nie spodoba się fanom encyklopedycznego wytłumaczenia przyczyn katastrofy. Tutaj nie ma odpowiedzi od A do Z zgodnych z prawdą. Po obejrzeniu pięciu odcinków, które można "połknąć" w jeden wieczór, poczują zwykły niedosyt. To jednak nie wszystko. "Heweliusz" to nie jest serial dla osób, które doświadczyły katastrofy. To nie jest serial dla osób, które były poszkodowane przez państwo. To nie jest serial dla osób, które nie zgadzają się z niesprawiedliwością. W końcu, to nie jest serial dla osób, które pamiętają, że Polska lat 90. nie była kolorowa, a szara, często brudna i przyciemniona, jak efekty zastosowane w serialu.
Dlaczego? W tym miejscu musimy wrócić do mistrzowskiego opowiadania o polskich emocjach w wykonaniu Holoubka i Bajona. Skoro "Heweliusz" tworzy portrety psychologiczne postaci na tyle dobrze, że osoby, które nigdy nie doświadczyły sztormu, angażują się w losy bohaterów, jaki poziom nerwów towarzyszyłby rzeczywiście negatywnie doświadczonym przez los i drugiego człowieka?
"Heweliusz" to wspaniała gra aktorska. Wydaje się, że jedną z ikon serialu został Konrad Eleryk. Świetnie zagrany Witold Skirmuntt (postać fikcyjna) to kolejny przykład, że aktor idealnie odnajduje się w postaciach z trudnym charakterem, rozbudowanych psychologicznie, a nie jedynie kibolach, czy mięśniakach. Typowego dla siebie kolorytu dodaje także Jacek Koman. Przyzwyczaił nas już, że grane przez niego postaci idą na całość. Bez znaczenia czy po jasnej, czy może "ciemnej stronie mocy".
Bohater, w którego wcielił się Konrad Eleryk, to połączenie kilku życiorysów. Kapitan Andrzej Ułasiewicz, zagrany przez Borysa Szyca, to jedyna postać z rzeczywistym imieniem i nazwiskiem. Razem z Magdaleną Różczką (kapitanowa) spotkali się z Jolą, wdową po kapitanie Ułasiewiczu. Kobieta podobno wskazała na Borysa Szyca jako aktora, który mógłby zagrać jej męża. Główny duet oglądał również prawdziwe nagrania udostępnione przez rodzinę Andrzeja Ułasiewicza. Te okazały się przydatne nie tylko do odwzorowania postaci, ale także m.in. kajuty kapitańskiej.
Uwaga! Dalsza część artykułu zawiera fragmenty, które odsłaniają ważne informacje dot. fabuły.
"Heweliusz" między prawdą a fikcją. Czy ławnik rzeczywiście zginął?
Serial wiernie oddaje kluczowe historyczne przyczyny tragedii, wykraczające poza sam żywioł. Katastrofa promu MS Jan Heweliusz stała się symbolem największej tragedii morskiej w powojennej Polsce, za którą stały "lata zaniedbań, błędów konstrukcyjnych i ukrywanych awarii". Historycy i eksperci morscy potwierdzają, że prom od początku swojej służby miał liczne problemy i awarie, a w dniu tragedii zmagał się dodatkowo z problemami z balastem.
Kluczowe fakty dotyczące sztormu również zostały oddane z dużą precyzją. Chociaż prognozy wskazywały na wiatr o sile 5-7 stopni Beauforta, tej nocy nad Bałtykiem pojawił się sztorm o sile blisko 12 stopni w skali Beauforta, z porywami wiatru osiągającymi 160 km/h. Historyczne relacje świadków, np. ochmistrza Edwarda Kurpiela, który wspominał o "straszliwym uderzeniu wiatru," oraz motorniczego Jerzego Petruka, który obudził się wskutek silnego przechyłu na prawą stronę , zostały wykorzystane do budowania napięcia na ekranie.
Całkowicie fikcyjną postacią jest Piotr Binter (Michał Żurawski). W serialu prowadzi nieoficjalne śledztwo i poszukuje taśm oczyszczających kapitana z winy. Postać mogła być luźno inspirowana Bolesławem Hutyrą, zastępcą Ułasiewicza, który jednak w rzeczywistości nie prowadził żadnego śledztwa. Zginął jednak w wypadku, angażując się w sprawę środków zbieranych przez Radio Maryja na odbudowę polskich stoczni.
Kontrowersyjnym elementem serialu jest wątek "taśm prawdy", które odkrywa serialowy Binter. O ile postać jest całkowicie fikcyjna, to samo istnienie taśm ma realne podstawy. Dziennikarz śledczy Marek Błuś, który przez lata badał sprawę zatonięcia promu, rzeczywiście dotarł do taśmy magnetofonowej z niemieckiej stacji Rügen Radio. W aktach sprawy znalazł notatkę służbową o nadesłaniu taśmy oraz fragment instrukcji obsługi magnetofonu, co potwierdzało, że nagrania istniały, ale nie zostały odsłuchane. Błuś potwierdził, że część komunikatów została zatarta. Zachowały się informacje o obecności innego statku w pobliżu Heweliusza, co wspiera serialową wersję o zmianie kursu w celu uniknięcia kolizji.
Marek Błuś podkreślił również, że Kasper Bajon "dokładnie przeczytał akta sprawy", a wątki dotyczące statku, katastrofy i "spisku przeciwko Ułasiewiczowi są pokazane bardzo realistycznie", choć obok nich pojawiają się całkowicie zmyślone wątki fabularne.
Trudy Polski i polskiej polityki. "Heweliusz" nie przedstawia każdej ofiary
Twórcy serialu nie ukrywają, że celowo stworzyli "piramidę kłamstw", by ukazać dramatyczne konsekwencje zatajania informacji i systemowego zła. Zdecydowali się również na zmianę niektórych nazw – nazwa armatora "Navica Ferries" jest fikcyjna, w rzeczywistości promem zarządzała spółka Euroafrica. Jak wyjaśnił Holoubek, postanowili kompilować postacie, by "nie retraumatyzować żyjących jeszcze, tych, którzy przeżyli katastrofę, ich rodzin", choć w ramach tych skompilowanych postaci opowiadają prawdziwe sytuacje, które spotkały ludzi po katastrofie.
W serialu "Heweliusz" pojawia się postać wiceministra Janusza Kowalika, który stara się ukryć prawdę o katastrofie i chronić interes rządu. Postać jest całkowicie fikcyjna – nigdy nie istniał wiceminister o takim nazwisku. Stanowi jednak symboliczną reprezentację rzeczywistych polityków z 1993 roku, którzy zaangażowali się w wyjaśnianie tragedii.
W rzeczywistości, zaraz po katastrofie w roli zainteresowanego przebiegiem wypadku pojawił się Andrzej Milczanowski, ówczesny minister spraw wewnętrznych. Kilka godzin po zatonięciu promu poleciał do Niemiec, gdzie spotkał się z sekretarzem stanu w federalnym ministerstwie spraw wewnętrznych oraz ministrem spraw wewnętrznych Meklemburgii. Zainteresowanie Milczanowskiego było wyjątkowo duże, co sprawiło, że teorie spiskowe zaczęły wiązać zaangażowanie MSW z domniemanym transportem broni na promie.
Drugą kluczową postacią jest Zbigniew Sulatycki, wiceminister transportu i żeglugi. To właśnie on przewodniczył specjalnej komisji resortowej. Choć jego działalność znacznie się różniła od serialowego Kowalika, postać z serialu mogła być na nim wzorowana. Sulatycki występował w roli przedstawiciela władz, które chciały szybko rozstrzygnąć sprawę, zamiast drążyć głębiej. Sprawozdania komisji nigdy nie ujawniono.
Serial skutecznie przywrócił pamięć o tragedii i jej bulwersujących następstwach. "Heweliusz" wpisał się w szerszą debatę o odpowiedzialności państwowej i społecznej. Właśnie ta skuteczność w demaskowaniu mechanizmów władzy sprawia, że opieranie się na faktach jest skuteczniejsze od pełnego dokumentowania wydarzeń. Fikcja, precyzyjnie ukierunkowana, może być potężniejszym narzędziem dociekania prawdy niż sam dokument.