Tanie granie na emocjach. "Dom dobry", czyli epatowanie przemocą
Wojciech Smarzowski ponownie wzbudza swoim filmem spore emocje. Tym razem wziął na tapet temat przemocy domowej. "Dom dobry", podobnie jak część jego innych produkcji, jest tylko festiwalem brutalności. Reżyser nie ma za grosz empatii. Serwuje nam coraz potworniejsze obrazy, aby wyłącznie szokować.
- "Dom dobry" to najnowszy film Wojciecha Smarzowskiego.
- Reżyser podejmuje temat przemocy domowej.
- Przeczytaj recenzję filmu.
"Dom dobry" na papierze brzmi jak kino zaangażowane społecznie. W końcu reżyser podejmuje w nim bardzo trudny – i niestety powszechny – problem przemocy domowej. W Polsce dotyka ona najczęściej kobiet, choć i mężczyźni nierzadko się z nią zmagają. Ofiary często latami tkwią w przemocowych relacjach, nie potrafiąc się z nich wydostać. Aby opowiedzieć o tym na kinowym ekranie, potrzeba sporej empatii i zrozumienia. Wojciech Smarzowski nie ma ich za grosz.
Smarzowski tylko szokuje. Nic więcej
Zanim pomówimy stricte o filmie, chciałbym przytoczyć fragment pewnej wypowiedzi reżysera. W wywiadzie z serwisem Interia Film powiedział:
Chodzi się do kina po to, żeby były emocje, żeby poruszyło i prowokowało. [...] To był przypadek, że zabrałem się za film o przemocy. Kto wie, może gdybym skupił się na innych informacjach, albo na przykład miał stres, że przytyłem, to skupiłbym się na tym, jak ćwiczyć w zamknięciu, jak i jaką kupić siłownię, to o tym napisałbym scenariusz "Domu dobrego". No ale skończyło się na opowieści o wielkiej miłości z małym minusem.
Szczególnie ostatnie zdanie tej wypowiedzi powinno odbić się szerokim echem i sporym oburzeniem. Jeżeli dla reżysera przemoc domowa jest "małym minusem", to ewidentnie widać, o co mu tak naprawdę chodziło w "Domu dobrym". Nieważne, czy jego wypowiedź była w stu procentach poważna, czy z przymrużeniem oka, jest absolutnie obrzydliwa w kontekście tego, o czym film ponoć opowiada. Jednocześnie pokazuje to, że Wojciechowi Smarzowskiemu wcale nie chodziło o danie głosu ofiarom, a jedynie szokowanie.
Przemoc, przemoc, przemoc i jeszcze raz przemoc
Przez ponad połowę "Domu dobrego" reżyser serwuje nam obrazy przemocy. Nie chciałbym szczegółowo opisywać tego, co można zobaczyć w filmie, ale jest tego naprawdę wiele. Sceny te są bardzo naturalistyczne, brutalne, wywołujące duże emocje i przeszywające serce. Przerażające pozostaje, że wiele osób musi mierzyć się z tak okropnymi aktami każdego dnia i nie otrzymuje żadnej pomocy. Niestety, Wojciech Smarzowski nie prezentuje głębszego zrozumienia dla ofiar. Wszystko sprowadza się wyłącznie do cierpienia głównej bohaterki, a także innych osób. Nie tylko ona bowiem doświadcza fizycznego i psychicznego znęcania się ze strony męża.
Mam wrażenie, że nawet sceny rozprawy sądowej, gdzie ofiara w końcu otrzymuje sprawiedliwość, są jedynie pretekstem do tego, by pokazać na ekranie jeszcze więcej szokujących i brutalnych scen. Nie idzie za nimi nic głębszego. Żadnego zrozumienia, pochylenia się nad tym, co może czuć bohaterka.
W pewnym momencie ciężko oglądało mi się "Dom dobry". Nie dlatego, że wstrząsnęły mną sceny przemocy. Choć odbierałem je tak na początku, z czasem po prostu staje się to męczące. To, jak wiele ich jest, powoduje, że znieczulamy się na kolejne obrazy. Reżyser pokazuje coraz wymyślniejsze sposoby, w które cierpi bohaterka filmu. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby była mowa o jakimś horrorze-slasherze, a nie produkcji, mającej ponoć "coś zmienić".
"Dom dobry" nie odpowiada na żadne pytanie
Bohaterka filmu, choć doświadcza przemocy, regularnie wraca do swojego oprawcy. Taki mechanizm często pojawia się w przypadku przemocy domowej. Niestety, Wojciech Smarzowski nie pochylił się nad tym, dlaczego tak się dzieje. Nie interesuje go, dlaczego ofiary działają w ten sposób. Nawet nie podejmuje próby pokazania widzom tego procesu. Wiele osób mogłoby się zapytać: "Skoro mąż stosuje przemoc, czemu nie wziąć rozwodu i od niego odejść?". "Dom dobry" nie daje odpowiedzi na to pytanie.
W pierwszej części filmu oglądamy radosne sceny z początku związku. Gosia i Grzesiek zakochują się w sobie, spędzają razem wakacje – sielanka. Później natomiast reżyser pokazuje nam, że już wtedy pojawiały się pierwsze oznaki, że partner bohaterki jest przemocowcem. Niektórzy mogliby sobie pomyśleć: "Przecież to było widać od początku! Dlaczego ona go nie zostawiła?". "Dom dobry" nie porusza tego tematu. Znów można odnieść wrażenie, że Smarzowskiego to w ogóle nie obchodziło.
Takich rzeczy jest więcej. Są wątki, które odpowiednio rozwinięte i opowiedziane z właściwą wrażliwością, mogłyby naprawdę pomóc. Z jednej strony wyjaśniłyby widzom, w jaki sposób działa ofiara w przemocowym związku. Z drugiej natomiast dałyby zrozumienie i empatię, na jaką poszkodowani zasługują. Niestety, "Dom dobry" jest jedynie kompilacją brutalnych scen, które z pewnością szokują, ale nic poza tym.
Łyżka miodu w beczce dziegciu
Najjaśniejszym punktem najnowszego dzieła Smarzowskiego jest bez wątpienia gra aktorska. Agata Turkot w roli Gosi jest fantastyczna. Świetnie pokazała, jak zachowuje się ofiara przemocy domowej. W przeciwieństwie do reżysera – u aktorki można wyczuć chęć zrozumienia tego, jak mogą czuć się osoby doświadczające fizycznego i psychicznego znęcania. Artystka wykonała olbrzymi kawałek bardzo dobrej pracy oraz zasługuje na oklaski.
Podobnie jest w przypadku Tomasza Schuchardta grającego Grześka. Niezwykle realistycznie oddał postać przemocowca. Kiedy tylko okazuje się, jak jego bohater traktuje Gośkę, można poczuć do niego najprawdziwszą odrazę i nienawiść. Życzymy mu wszystkiego, co najgorsze. Aktor pokazał ogromną klasę. Jemu również należą się brawa. Wespół z Agatą Turkot niejako ratują "Dom dobry" Smarzowskiego.
W obsadzie znajdują się także, m.in.: Agata Kulesza (matka Gosi), Maria Sobocińska (Magda), Magdalena Smalara (siostra Gosi), Łukasz Gawroński (Edek), Arkadiusz Jakubik (ksiądz Bogdan) czy Michał Czarnecki (aspirant Śliż). Do ich aktorstwa również nie można się przyczepić. Każdy dobrze wywiązał się ze swoich zadań. Wprawdzie wystąpili w epizodycznych rolach i na ekranie nie ma ich szczególnie dużo, ale i tak trzymają wysoki poziom.
Na szacunek zasługuje również montaż. Krzysztof Komander pokazał klasę. Dzięki jego pracy mogliśmy wejść w głowę głównej bohaterki. Zauważamy chaos, natłok myśli czy bezradność, których doświadcza. "Dom dobry" ogląda się z tego powodu dobrze. Przynajmniej, gdy mowa o kwestiach technicznych. Wszystko psuje bowiem samo podejście Smarzowskiego do historii i tego, co miała w teorii opowiadać. Tak, jak zresztą wspominałem wcześniej w tekście.
Wojciech Smarzowski jest jak Patryk Vega
"Dom dobry" dobrze pokazuje, że Wojciech Smarzowski nie powinien być traktowany jak głos sumienia polskiego narodu. Jest oczywiście dobrym reżyserem, ale podchodzenie do jego filmu niczym analizy poważnego problemu społecznego zakrawa o absurd. Pod olbrzymią dawką przemocy nie kryje się nic więcej. Twórca daje widzom emocje – tylko tyle.
Wojciech Smarzowski to Patryk Vega dla wielkomiejskiej klasy średniej, która straciła kontakt z rzeczywistością. Można sobie mówić, że znowu rozrywa rany polskiego społeczeństwa i rozprawia się z jego patologiami, ale to tylko czcze gadanie. Choć sam reżyser może twierdzić inaczej, "Dom dobry" pokazuje, że chodzi mu jedynie o wywołanie szoku, oburzenia, by po seansie móc powiedzieć znajomym, że to straszne, co spotyka ludzi, a potem o tym zapomnieć. Tak samo zresztą było w przypadku "Kleru" czy "Drogówki".
Znam osoby, które miałby podobne doświadczenia, jak bohaterka "Domu dobrego". Dlatego tak bardzo oburza mnie, że reżyser nie tyle prześlizgnął się po temacie, a zrobił z niego festiwal przemocy, kompilację brutalnych scen. Wszystkiemu dopisał jakąś "misję", żeby tylko nikt nie zarzucił mu tego samego, co Patrykowi Vedze. Odpowiednie poruszenie trudnej kwestii jest skomplikowane. Zaś gra na emocjach niezwykle prosta. Nie traktujmy najnowszej produkcji Wojciecha Smarzowskiego niczym jakiegokolwiek poważnego podejścia do problemu, bo ewidentnie chodziło tylko o przyciągnięcie widzów do kina tanim szokiem.