advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
Włącz radio

Odkrywamy tajemnice Budki Suflera. "Troszeczkę nas zrobili w konia"

15 min. czytania
21.01.2025 06:35
Zareaguj Reakcja

Budka Suflera ma za sobą pięć dekad kariery. Okrągły jubileusz celebrowała w minionym roku. Jak zmieniała się przez lata i jak te zmiany wpłynęły na obecny kształt tej kultowej formacji? O tym w rozmowie z serwisem ZłotePrzeboje.pl opowiedział jedyny muzyk, który należy do grupy od samego początku, a więc Tomasz Zeliszewski.

Tak Budka Suflera powróciła do grania. "To byłoby nie fair"
fot. archiwum Budki Suflera
  • Budka Suflera to jedna z najsłynniejszych polskich grup.
  • W 2024 r. minęło 50 lat od założenia zespołu.
  • Serwis ZłotePrzeboje.pl przeprowadził wywiad z perkusistą i menedżerem Budki Suflera – Tomaszem Zeliszewskim.

Budka Suflera to zespół, który w annałach polskiej muzyki – nie tylko rockowej – zajmuje niezwykle ważne miejsce. Historia lubelskiej kapeli sięga 1974 r. Tak więc miniony rok był dla niej szczególny, bo jubileuszowy. Grupa hucznie świętowała 50-lecie działalności. W ciągu tych lat doszło w niej do wielu zmian, ale jeden element od samego początku pozostaje niezmienny. Chodzi o obecność w składzie Tomasza Zeliszewskiego.

Rozwiąż quiz o największych hitach Budki Suflera. Jesteś mistrzem, jeśli zgarniesz 100 proc. punktów! Dalszą część artykułu znajdziesz pod quizem...

Quiz: Quiz. Największe hity Budki Suflera. Te teksty musi znać każdy!

1/20 "Jaki jest wynik gry, nie wiem (...)":

To właśnie perkusista – który pełni również rolę menedżera zespołu – w rozmowie ze ZłotePrzeboje.pl wspominał dotychczasową karierę Budki Suflera, w tym spuściznę po Romualdzie Lipce i relacje z Krzysztofem Cugowskim. Mówił też o tym, co słynna formacja ma do zaoferowania teraz, po wkroczeniu w kolejną dekadę swojej działalności.

Tak Budka Suflera zaczynała karierę

Wioleta Wasylów, dziennikarka serwisu ZłotePrzeboje.pl: Jakie wydarzenia i koncerty według pana miały największy wpływ na kształtowanie się i późniejszy rozwój Budki Suflera?

Tomasz Zeliszewski: Oczywiście, sesje nagraniowe i koncerty kształtują. Przez 50 lat zagraliśmy ich kilkanaście tysięcy, na prawie wszystkich kontynentach. Z tym się wiążą podróże oraz momenty bardzo stresujące czy pouczające.

Byłbym niewiarygodny, gdybym wskazał, że według mnie największy wpływ na rozwój zespołu miał – powiedzmy – koncert w Carnegie Hall, występ pod Krakowem na finale "Inwazji Mocy" czy którykolwiek z koncertów w Sali Kongresowej. Bo to były przypadki wielkiego prestiżu albo wielkiej publiczności, gdzie jedni mówili, że to 700 tys., inni – 500. Bez znaczenia. Ze sceny to już morze ludzi.

Redakcja poleca

Czyli mają równy wpływ...

To duże obciążenia i stres. Podobnie było w studiu, kiedy jeszcze jako kwartet nagrywaliśmy pierwszą płytę, "Cień wielkiej góry". Była wspaniała. Odniosła wielki sukces, ale to nie stało się za pomocą magicznego zaklęcia, tylko było efektem naszej pracy. Towarzyszyły temu okoliczności codzienne, które w 1974 r. były na polskich ulicach i w domach. To wszystko ma wpływ.

Jeżeli intensywnie uprawiamy ten zawód i naprawdę towarzyszą temu, bez jakiejś górnolotności, pasja i miłość do muzyki, to każdy koncert i sesja nagraniowa są swoistymi lekcjami, z których wyciągamy mniej lub bardziej mądre czy pożyteczne doświadczenia.

"Stres i potworne zmęczenie"

Czy były kiedyś momenty, szczególnie w pierwszych latach, że z jakichś przyczyn – np. poczucia przytłoczenia – mieliście dość i byliście bliscy tego, by przestać grać?

Życie jest pełne sytuacji kryzysowych. Zwłaszcza w latach 70. i na początku lat 80. graliśmy po 400 koncertów rocznie. To trudne do wyobrażenia dla współczesnych artystów. Towarzyszyły temu duży stres i potworne zmęczenie, mimo bardzo młodego wieku. Wynikała z tego też rutyna. Myślę, że dzisiaj to by się nie udało. Trzeba naprawdę siły ze stali, dużego samozaparcia i dyscypliny, żeby zagrać tyle koncertów.

Plus podróże i fakt, że w latach 70. technologia, żywe koncerty i technika sceniczna wyglądały zupełnie inaczej niż dzisiaj. Muzycy nie mieli techników. Sami rozkładali graty i je składali. Jeśli już, to mieli maksymalnie dwuosobową pomoc. Często graliśmy po trzy razy dziennie, i to nie w jednym miejscu. Mówiliśmy, że gramy koncerty z przerzutem. Jak graliśmy jeden, to mówiliśmy: "Mamy wakacje". Przy takim natężeniu tak to odbieraliśmy.

Tego typu obciążenia powodują stres, momentami przygnębienie, pytanie, czy to wszystko ma sens, do czego to zmierza. Oczywiście mieliśmy takie myśli w głowach. Tylko że powodem nie były takie sytuacje, że nagle muzykom na scenie zabrakło wiary w to, co robią, talentu czy byli zestresowani, bo piosenki, które nagrali, były do du*y... Nie. To wynikało z bardzo dużych obciążeń. Po "Cieniu Wielkiej Góry" nagraliśmy drugą płytę – "Przechodniem byłem między wami" – która była jeszcze krokiem do przodu.

Rozumiem, że w Budce Suflera poważnych kryzysów nie było...

Jeśli chodzi o sesje, repertuar itd., to nie mogę narzekać na nic i nie mam zamiaru komentować tego negatywnie. Lipko był tak utalentowanym kompozytorem, a on dostarczał nam repertuaru... Korzystaliśmy z przyjaźni i twórczości niezwykle utalentowanych poetów, najbardziej znanych w kraju. Więc jeżeli były kryzysy – a były – to wynikały z obciążeń. Zresztą, nie ma zawodu, gdzie wszyscy sobie ciągle tylko słodzą. To nudne i bez sensu. Czasem nasz zawód jest drapieżny i chropowaty.

Na sesjach, na etapie tworzenia, gdzie mamy melodię, a nie mamy tekstu i musimy wygenerować zarys aranżacyjny, dochodzi do różnic zdań, kłótni. Czasem mówimy: "Dobra, chłopaki, nic dzisiaj z tego nie będzie, idźmy się przespać, bo tylko nawrzucamy sobie bez sensu". Potem wracamy za parę godzin, kontynuujemy i często jest fantastycznie. To nie tak, że czterech czy pięciu gości w sposób gładki, bezkonfliktowy, jak w lukrowanym serialu, idzie od sukcesu do sukcesu. W żadnej dziedzinie tak nie jest.

Budka Suflera w dawnych czasach
Budka Suflera w dawnych czasach
fot. archiwum zespołu

Znaczenie piosenek diametralnie się zmieniło

Czy było coś, do czego wyjątkowo trudno było wam się przyzwyczaić albo do czego nie chcieliście się dostosować w związku ze zmianami, jakie nastąpiły w ciągu 50 lat na rynku muzycznym?

50 lat, jeśli chodzi o rozwój rynku muzycznego, to kawał czasu. To przynajmniej dwa pokolenia. To szereg zmian mentalnych, formalnych, obyczajowych, politycznych, każdych. Jak nagrywaliśmy pierwszą płytę, znaczenie piosenek na rynku – zwłaszcza w takim kraju jak Polska w latach 70., ale i na globalnym rynku – było diametralnie inne niż dzisiaj. Było powalające. Niosły one radość, wolność albo niepokój, ostrzeżenie. Były wyrazem prawdziwego i często skutecznego buntu czy zachwytu.

Dzisiaj nikt specjalnie nie przejmuje się tym, o co w piosence chodzi. Część artystów i w jeszcze większej mierze media patrzą na kliknięcia internetowe. Ci, co uprawiają jakąś emisję antenową, zastanawiają się, ile mają czasu, ile sekund jest od początku do refrenu itd. Rola społeczna utworu jest po prostu inna. To nie jest ani pochwała, ani krytyka.

Po prostu 50 lat spowodowało olbrzymie zmiany. To naturalne. Cała scena i wszystkie didaskalia są inne. Pewne rzeczy są nieuniknione i ich nie zmienimy. Albo się z tym pogodzimy i – jak mówiła jedna z mądrzejszych polskich piosenek – będziemy "robić swoje", albo możemy nie brać w tym udziału. Ale jeżeli naprawdę chcemy grać na scenie i szczerze kochamy muzykę, to róbmy to dla tych, którzy dalej jej słuchają, akceptują ją. Nie martwmy się, czy kiedyś były ich miliony, a dzisiaj jest paręset osób. To nie ma znaczenia.

Czy jest jakiś utwór Budki Suflera, który darzy pan szczególnym sentymentem?

To tak jak z dziećmi. Trudno mówić, że jedno jest kochane bardziej niż drugie. Są utwory i płyty, które przyniosły nam poważanie, szacunek, charyzmę. Niektóre przyniosły trochę pieniędzy, inne – nie do końca zrozumiały dla nas sukces komercyjny. Oczywiście wszystkie te piosenki są nasze, więc są dla nas ważne.

Niektóre utwory, mimo że uważane przez nas za naprawdę bardzo dobre, przechodziły bez większego echa, nie budziły aż takich emocji jak w nas samych. Ale to też jest sytuacja rynkowa, z którą po prostu trzeba się pogodzić.

Redakcja poleca

Ukryte perełki Budki Suflera

Które piosenki są według pana niedoceniane?

Suita "Szalony koń" to coś fantastycznego. Piosenki "Nic nie boli tak jak życie" czy "Jeden raz" – to samo. Jeszcze parę bym wymienił.

Jeśli chodzi o autorów tekstów, na przestrzeni lat współpracowali z wami m.in. Adam Sikorski, Andrzej Mogielnicki (znany z działalności z Lady Pank), Bogdan Olewicz...

Jacek Cygan też pisał teksty. Również mamy doświadczenia z szalenie utalentowaną, fantastyczną autorką – Justyną Holm. Napisała nam dwa teksty na najnowszą płytę, "Skaza" z 2023 r.

Pan też nierzadko pisał teksty. Tak jak do wspomnianego "Jeden raz".

Ja siebie do tego towarzystwa nie zaliczam, bo mam duży dystans do własnego pisarstwa. Ono się wzięło ze złości. Płyta "Czas czekania, czas olśnienia" z 1984 r. miała muzykę, opracowanie, aranżacje. Zapracowaliśmy się jak bure misie. Mieliśmy wszystko poza tekstami, bo wśród panów poetów jeden nie miał czasu, drugi miał jakiś problem, trzeci też.

Pewnego dnia wróciłem ze studia nad ranem, zmęczony i wkurzony na sytuację. Siadłem i ze złości, napisałem tekst, który świetnie pasował do muzyki, bo jestem bębniarzem i sprawy frazowe nie najgorzej mi idą. Tekst był na pewno po polsku (śmiech), każda sylaba zgadzała się z melodią, rytmiką i nie tworzyła żadnych transakcentacji.

Natomiast uśmiałem się sam z siebie i usnąłem. Drugiego dnia rano w studiu pokazałem ten tekst moim kolegom na zasadzie żartu. Potem miałem go wyrzucić do kosza, ale okazało się, że im się spodobał. Co więcej, powiedzieli, żebym napisał jeszcze z osiem, dziewięć i żebyśmy nie czekali na naszych kolegów asiorów, którzy troszeczkę nas zrobili w konia.

Wtedy się lekko przestraszyłem, ale jakoś się udało. Tytułowy utwór był chyba siódmym z kolei, jaki napisałem. To duże wyzwanie, bo oczekiwania kolegów co do tekstów były takie same, ale autor nie był tak wybitny jak Mogiel czy Sikorski, tylko był kolegą ze sceny.

Jak powstawały największe hity grupy?

Zawsze najpierw macie warstwę muzyczną, a dopiero później do niej powstaje tekst? Czy zdarzało się też na odwrót?

W Budce Suflera zwykle najpierw była muzyka. Lipko przynosił melodię, opracowywaliśmy utwór... Przez wiele lat ja śpiewałem tak zwaną rybę, czyli w nieistniejącym języku, jakimś quasi-angielskim. Chodziło o to, żeby była podana prawdziwa melodia i prawdziwa liczba sylab, akcenty tam, gdzie mają być. Autor tekstu dostawał podkład muzyczny z wokalem, który służył jako wzorzec. Cała trudność polega wtedy na tym, żeby prawdziwy tekst dostosować do liczby sylab i akcentów, do tego, co tam jest zaśpiewane. To bardzo trudne, ale tylko w ten sposób pracowaliśmy.

Jeśli chodzi o tematy piosenek, dawaliście jakieś wytyczne?

Nie, o tym decydował autor. Miałem przyjemność nagrać wszystkie płyty Budki Suflera, ale nie pamiętam jednego przypadku, gdzie któremukolwiek autorowi podpowiadalibyśmy, o czym ma być tekst. Oczywiście mogło być tak, że przynosił tekst i były jakieś uwagi, polemika. Natomiast to autor tekstu decydował, czy tekst jest o miłości, sadzeniu drzewek czy pracy na budowie.

Czy aż tak szeroki wachlarz autorów wynikał z tego, że też szukaliście tych, którzy byli dostępni?

Nie, nie, nie. Wszyscy wymienieni autorzy, poza mówiącym te słowa, to prawdziwi poeci, wybitni tekściarze. To dlatego się do nich zwracaliśmy. Nie byliśmy zainteresowani byle kim tylko po to, żeby zaliczyć tekst zgłoszony w ZAiKS-ie i mieć jakieś tantiemy.

I tak od pierwszego albumu?

Tak. To są bardzo dobre teksty, o czymś. Oczywiście nie ze wszystkimi wspaniałymi artystami dane nam było współpracować. Nigdy nie pracowaliśmy z Leszkiem Aleksandrem Moczulskim, Wojtkiem Młynarskim czy Agnieszką Osiecką, ale tak się po prostu złożyło. Nie da się ogarnąć wszystkiego.

Budka Suflera z Urszulą na początku lat 80.
Budka Suflera z Urszulą na początku lat 80.
fot. archiwum Budki Suflera

"Od nich się czegoś wymaga"

Romuald Lipko był głównym kompozytorem, a jaki wpływ na powstawanie piosenek mieli pozostali członkowie grupy? Czy ten wkład był bardziej jednostronny?

Zespół, jak sama nazwa wskazuje, to więcej niż jeden człowiek, więc gitarzysta ma swój obszar do popisu i wykreowania czegoś dobrego, basista, klawiszowiec i perkusista – też. Opracowanie instrumentalne utworu to praca zbiorowa.

Wie pan, w niektórych zespołach takiego balansu brakuje...

Jeżeli chodzi o Budkę Suflera, to od pierwszej do ostatniej płyty tak pracowaliśmy, Zdarzają się oczywiście utwory o takiej, a nie innej stylistyce, że ktoś z nas ma na to świetny pomysł, ma większą inicjatywę i jest bardziej kreatywny niż pozostali. Nikt mu łyżeczką nie będzie odmierzał tego.

Nieważne na czym ktoś gra – jak ma świetny pomysł na partię basu, pochód harmoniczny czy wyjście z refrenu, to go mówi. Bardzo proszę, to wskazane. To praca zespołowa. Tutaj nie ma hierarchii i jasno określonych nie do przeniesienia pól działania. Natomiast po to są poszczególni muzycy, że od nich się czegoś wymaga i oni są współtwórcami tego wszystkiego.

Rozstania i powroty w Budce Suflera

W 2014 r. doszło do rozstania z Krzysztofem Cugowskim i rozwiązania (jak się później okazało – czasowego) zespołu. W jakich okolicznościach do tego doszło?

Krzysztof prosił nas o to, a my się zgodziliśmy. Miał swoje powody. Tu się kończy mój komentarz, bo weszlibyśmy nie w jakieś zakazane, sensacyjne czy pikantne rejony, tylko w rejony, których nie możemy w sposób wymijający, dwuzdaniowo skomentować, bo to nie byłoby fair. I tyle.

Postanowiliśmy zrobić dużą przerwę. Byliśmy bardzo zmęczeni. Tak, rozstaliśmy się. Minęło kilka lat i, nie wiedząc jeszcze o tym, że Romek jest bardzo chory, postanowiliśmy z powrotem grać. Nie z kaprysu, tylko z miłości do muzyki, olbrzymiej chęci do grania, bycia na scenie. Żadnej innej. Nie musieliśmy siebie nawzajem przekonywać. Romek zadzwonił do mnie, potem do Miecia i w parę minut byliśmy znów zespołem. Zaprosiliśmy też do grania Krzyśka, ale odmówił.

Jak to odebraliście?

To niejedyny taki przypadek. Wielu artystów odchodzi z grup, a te nadal grają. Zwykle ku radości fanów. Nawet dzisiaj jechałbym do każdego miejsca na świecie, gdybym się dowiedział, że Paul McCartney i Ringo Starr pojawią się we dwóch na scenie jako The Beatles i zagrają z zaangażowanymi muzykami. Chyba bym się ze szczęścia popłakał.

W przypadku innych kapel tak samo. Uwielbiałem bębniarza z The Rolling Stones Charliego Wattsa, ale niestety nie ma go już z nami. Jednak i tak cieszę się, że Stonesi grają. Nieważne jak, nieważne co, ale nadal są. To jest kawał mojego życia, wspomnień, skojarzeń.

Taki to jest, zresztą, zawód. To jedyny piękny nałóg. Bo to nałóg. Nie da się od tego uciec, więc tak – jestem nałogowym muzykiem Budki Suflera. Musiałem wrócić na scenę. (Romuald) Lipko i (Mieczysław) Jurecki – też. Chcieliśmy do tego dokooptować Krzyśka. Odmówił i miał prawo mieć inne plany. Mówię to bez złości czy wrogości. Krytyce mogłoby podlegać tylko to, jeżeli prezentowalibyśmy złe intencje, decyzje czy odruchy, ale tak nie jest.

Tomasz Zeliszewski (na środku), Krzysztof Cugowski (po lewej) i Romuald Lipko (po prawej)
Tomasz Zeliszewski (na środku), Krzysztof Cugowski (po lewej) i Romuald Lipko (po prawej)
fot. archiwum Budki Suflera

Tomasz Zeliszewski o relacjach z Krzysztofem Cugowskim

Jak więc teraz wyglądają relacje między wami?

Romek, jak pani wie, od kilku lat nie żyje. Ja jestem – nawet się śmieje z tego, że Mietek czasem na koncertach tak mnie przedstawia – jedynym muzykiem na świecie, który nagrał wszystkie płyty Budki Suflera. To oczywiście zabawne, ale tak jest.

Nie mogę odpowiedzieć, jakie są relacje między zespołem i Krzyśkiem, bo ich w ogóle nie ma. On porusza się w swoim świecie. Nie rozmawiałem z nim wiele lat. W tym, co mówię, nie ma żalu, winy czy złośliwości. Wychowaliśmy się w nurcie hipisowskim, pacyfistycznym, więc niech tak zostanie. Nie ma powodu być wrogim. Świat muzyki, ani żaden inny, nie powinien taki być.

Czyli po prostu nie rozmawiacie ze sobą. Tak wyszło i tyle...

Spotkałem na ulicy parę razy jego żonę, więc powiedziałem "dzień dobry", ona mi odpowiedziała i tyle. Natomiast Krzyśka nie widziałem od wielu lat i nie rozmawiałem z nim. Ostatni raz przez telefon były okazje, kiedy miałem jakąś nadzieję, że może da się zaprosić na koncert. Rozmawialiśmy wtedy krótko, bez jakichś niewłaściwych emocji czy komentarzy. Ale nie miałem z nim prawdziwego kontaktu.

Myśmy się bardzo lubili, kiedyś byliśmy przyjaciółmi. Mogę tylko ewentualnie mieć w środku odrobinę smutku. Jednak lata naszej wspólnej pracy zaowocowały fajną muzyką, więc mogę tylko żałować, że już nic takiego nie powstanie.

Redakcja poleca

Taką spuściznę pozostawił po sobie Romuald Lipko

Chciałam wrócić do pana Romualda Lipki. Jak go wspominacie? Jak mocno jego śmierć odbiła się na tożsamości zespołu?

To tak, jakby zapytać Ringo Starra czy śmierć Johna Lennona wywarła na nim wrażenie. Nie muszę go o to pytać. Pomijając to, że graliśmy w jednej kapeli parę dekad, byliśmy też przyjaciółmi. Romek był również dostarczycielem muzyki i wspaniałym, szeroko utalentowanym kompozytorem.

Pisał i pomnikowe songi, które śpiewał Krzysiek, i zupełnie inne piosenki, które śpiewały Urszula oraz Izabela Trojanowska. Napisał też dwie płyty ("Za ostatni grosz" i "Ona przyszła prosto z chmur") pod kompletnie innego wokalistę, jakim był Romek Czystaw. I jeszcze na końcu tej listy był Felek Andrzejczak z nieśmiertelną "Jolką" i "Czasem ołowiu", bo "Noc komety" jest coverem.

Każdy człowiek jak odchodzi, to jest smutek. Jeśli go znaliśmy, tym bardziej. Nie trzeba być kimś wielkim, a i tak grono ludzi będzie tę osobę wspominać, bo była im bliska z jakiegoś powodu. Nie tylko w Zaduszki, ale przez cały rok spontanicznie zaglądamy na cmentarz, na którym spoczywa Romek, bo to w centrum miasta. Jak jest piękna pogoda, mam wolną godzinę i nie wiem, co z nią zrobić, to kupuję lampkę i idę siąść na ławeczce zapalić "Lipie" światełko. Zresztą, to nic szczególnego. Tak być powinno.

To prawda. Tak jak pan mówił, w zespole każdy jest ważny, ale, jako że Lipko był głównym dostarczycielem muzyki, to, czy po jego odejściu mieliście jakiś kryzys tożsamościowy? Taki, że nie do końca czuliście taką samą dynamikę, jak była?

Nie może być tak samo. Pomijając fakt, że czas zmienia status i rzeczywistość, to – jak pewna mądra Polka napisała – nic dwa razy się nie zdarza, bo to niemożliwe. Dlatego urodziliśmy się bez wprawy i bez rutyny odejdziemy. Zespół, dopóki jest, musi mieć inne oblicze, skoro odszedł na zawsze ktoś, kto był znakomity w bardzo ważnym obszarze, jakim jest twórczość. Nie może być tak samo. To naturalne i nikt się temu nie dziwi.

Pozostali chcą grać... Chociaż my schodzimy ze sceny, a nie na nią wchodzimy, bo jesteśmy starsi panowie... Jedyne pragnienie, jakie mamy, to nie przegapić tej cienkiej i bardzo niewidocznej linii, kiedy nasze granie stałoby się wręcz śmieszne. Mieć na tyle dystansu do siebie, żeby umieć to zauważyć. Jednak, dopóki będziemy uważali – a obecnie jesteśmy tego absolutnie świadomi, że jeszcze chwilę możemy grać, bo robimy to świetnie – to będziemy grali.

Na parę miesięcy przed śmiercią Romka, przed jakąś próbą, byliśmy w studiu we trzech: on, Jurecki i ja. I Romek nam zdradził, że miał do kitu badania i słabo to wszystko wyglądało. Powiedział: "Słuchajcie chłopaki, gdyby się coś stało, to o jedno was proszę – grajcie moje piosenki, dopóki uznacie, że możecie grać, bo tylko to po mnie zostanie". Dałem mu słowo, że to zrobię. Więc proszę mnie nie pytać, dlaczego wchodzę na scenę. Nie ma takiej siły, która by mnie zatrzymała – złośliwość, krytyka, głupota czy chęć zawłaszczenia... Mam to gdzieś. Będę grał, bo dałem słowo przyjacielowi.

Oto współczesna Budka Suflera

Jak teraz wygląda podział obowiązków w grupie? Czy jest on płynny? Kto jest najbliżej pana Romualda, jeśli chodzi o komponowanie?

Te rzeczy się nie zmieniają. Zespół tworzą zawodowi muzycy. Romek nam zostawił mnóstwo piosenek, to po pierwsze. Po drugie, wszyscy muzycy, na czele z Mietkiem Jureckim, również są twórcami. Piękne piosenki powstają nadal. Otacza nas mnóstwo bardzo utalentowanych ludzi, którzy piszą piękne dźwięki.

Jak pan się odnajduje w roli lidera?

Nie ma u nas czegoś takiego jak lider i nie było. To pojęcie używane przez dziennikarzy, które niczego dobrego nie powoduje w zespole. Nie jestem liderem, więc nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. Ja mogę tylko powtórzyć to, co żartobliwie powiedziałem, ale prawdziwie, że jestem jedynym człowiekiem na świecie, który nagrał wszystkie płyty Budki Suflera. Sam się z tego śmieję, ale to nie czyni mnie ani dyrektorem, ani liderem.

A dlaczego po reaktywacji szukaliście akurat trojga wokalistów (są nimi Robert Żarczyński, Jacek Kawalec, Irena Michalska)? Dlatego, że przez grupę wcześniej przewinęło się tylu artystów?

To nic dziwnego, jeżeli chodzi o Budkę Suflera. Były lata, kiedy na scenę wychodziła piątka: zaczynając od pań: Urszuli i Izy Trojanowskiej, przez Cugowskiego, po Czystawa i Andrzejczaka. Teraz trójka jest dlatego, że dzięki ich obecności i talentowi możemy zagrać wszystkie przeboje, które w życiu stworzyliśmy i nagraliśmy. Gdyby był jeden facet, to nie mógłby zaśpiewać np. "Wszystko, czego dziś chcę" albo "Dmuchawce, latawce, wiatr", bo byłoby to co najmniej wesołe.

Obecny skład Budki Suflera
Obecny skład Budki Suflera
fot. Arkadius Mauritz

Bez urazy

Wcześniej wspominał pan, że pani Ula, pani Izabela i pan Krzysztof, pomimo zaproszenia, nie pojawili się na czerwcowych koncertach na 50-lecie grupy w muszli koncertowej w Lublinie…

Mają do tego prawo. Zostali zaproszeni, odmówili. Mogli przyjąć bądź jakoś się z tego wymigać i ani jedno, ani drugie nie jest przestępstwem. Postanowili tak, a nie inaczej. Mają swoje solowe plany. Nam, co najwyżej, może być przykro bądź nie, ale nic poza tym nie możemy zrobić. W miły sposób zaprosiliśmy ich, a ktoś przyjął lub odmówił. Wielu innych naszych gości z radością przyjęło zaproszenie, bo tam była cała lista.

Czyli nie żywi pan żadnej urazy, tak?

Zaprasza mnie ktoś na swoje urodziny, to mogę powiedzieć: "Bardzo dziękuję. To widzimy się tego i tego dnia". Albo powiem: "Przepraszam, nie mogę". Nawet jeżeli nie jest to do końca prawda, to jest tysiąc miłych, grzecznych, kulturalnych powodów: "Mam koncert, wywiad, nie ma mnie w kraju" czy cokolwiek. Tyle.

Ale utrzymujecie jakieś kontakty ze wspomnianymi wokalistkami?

Nasi wokaliści mają swoje życie, swoje kariery i tak naprawdę to się niczym nie różni. Tutaj, tak jak z Krzyśkiem, tych relacji nie ma, więc trudno mi to skomentować. Jakby była pani producentem koncertów i zapytała mnie, czy w przyszłym miesiącu byłbym gotów zagrać dwie piosenki z Ulką czy Izą, to powiedziałbym, że tak, z przyjemnością, ponieważ jesteśmy zawodowymi muzykami. To się nazywa profesjonalizm.

Natomiast, gdyby pani zapytała, czy nadal możliwa byłaby przyjaźń jak kiedyś, no to bym się musiał bardzo poważnie zastanowić. I pewnie powiedziałbym, że to nie bardzo byłoby możliwe, ale to jest już coś innego...

Na koniec jeszcze raz nawiążę do 50-lecia – jak upamiętniliście zmarłego we wrześniu 2024 r. Felicjana Andrzejczaka?

Odbyło się parę koncertów Budki Suflera, na których dedykowaliśmy mu muzykę, którą graliśmy. Ja, Mietek Jurecki i ludzie, którzy Felka znali, powiedzieliśmy wszystko, co można powiedzieć w intencji zmarłego kolegi.

Cieszę się też, że udało nam się jeszcze za życia Romka – a trwało to i trwało i dużo o tym rozmawialiśmy – nagrać z Felicjanem płytę "10 lat samotności". Bardzo dobrą płytę. Wszystkie utwory to kompozycje Lipki, a akurat tytułowy utwór napisał Zbyszek Hołdys.

Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na ZlotePrzeboje.pl!